Prezes Waldemar Leszcz: Presja? Dla Motoru nie istnieje

- Nie wyobrażam sobie tego klubu w III lidze. Jeśli ktoś sportowo okaże się lepszy to nic z tym nie zrobię, ale mnie na pewno z tego rozliczą. Jeśli moje działania okażą się nie wystarczające i nie awansujemy to znaczy, że zawiedliśmy i trzeba poszukać innych ludzi i rozwiązań - mówi Waldemar Leszcz, prezes Motoru Lublin.
ROZMOWA Z WALDEMAREM LESZCZEM

Michał Jackowski, Wiesław Pawłat: Presja związana z awansem jest spora. Tego oczekują kibice, właściciele klubu. Jak reagują na to zawodnicy? Wytrzymają?

Waldemar Leszcz: - Ja nazywam to odpowiedzialnością. Dużo z nimi rozmawialiśmy o tym, żeby presję przekuć właśnie w odpowiedzialność. Oni nie mogą się nią zasłaniać. Staraliśmy się dobierać takich zawodników, dla których istotą rzeczy jest awans, bo oni wiedzą jak temu klubowi potrzebna jest gra w wyżej klasie rozgrywkowej. Teraz trzeba przelać te ambicję na umiejętności, żeby dać z siebie wszystko, ale żeby nas nie paraliżowało.

Po rundzie pożegnaliście trenera Dominika Nowaka i to mimo tego, że skończył rundę na pierwszym miejscu. Niecodzienna decyzja.

- Na pewno nie było łatwo zmienić trenera, gdy zespół na półmetku był liderem. Trener Nowak miał wolną rękę. Pewne rzeczy zrobił dobrze, ale z innymi się nie zgadzaliśmy. Mieliśmy inną koncepcję rozwoju klubu. Osobiście wierzę w pracę zespołową. Trener Nowak był indywidualistą. Nawet jak wszyscy w koło przekonywali, że należy wybrać inne rozwiązanie to on z reguły szedł własną ścieżką. Nie zgadzaliśmy się co do ilości nowych zawodników i na to jaki te transfery miałyby wpływ na budżet. Przed poprzednią rundą trener Nowak miał do dyspozycji siedmiu nowych piłkarzy i teraz chciał kolejnych ośmiu. Nie mogliśmy się na to zgodzić.

Dlaczego zatem Tomasz Złomańczuk?

- Wiem jak pracuje merytorycznie. Był w klubie gdy pracował Mariusz Sawa, był asystentem za Nowaka. Pracował z naszymi juniorami w Centralnej Lidze Juniorów. Jest w optymalnym wieku. Wiem, że nie prowadził zespołu na tym poziomie, ale jest dobrym szkoleniowcem i należała mu się szansa. Ściąganie trenera z Polski i na nowo uczenie się przez niego zespołu wydawało się złym krokiem. Złomańczuk ma do pomocy fajny sztab ludzi. Jest doświadczony Grzegorz Komor i młody Tomasz Jasik. Pamiętajmy, że z trenerami współpracuje też Jacek Magiera, który na piłce zjadł zęby.

Kim w sztabie ma być Magiera?

- Do jego zadań należy bezpośredni nadzór nad sztabem szkoleniowym. W momencie gdybyśmy uznali, że coś idzie nie tak ma momentalnie wprowadzać korekty. Po to monitorujemy zawodników. Nagrywamy mecze i analizujemy wspólnie z Jackiem. Przeprowadzamy dokładne statystyki, a na trybunach siedzą nasi ludzie i zliczają wszystkie potrzebne nam dane. Jego rola polega na tym, żeby patrzeć, opiniować i wprowadzać na wyższy poziom.

Strażak w wypadku gdyby Złomańczukowi podwinęła się noga?

- Absolutnie nie. Jeśli będzie zła praca Złomańczuka to będzie oznaczało, że źle pracuje także Magiera. Umówiliśmy się na pracę zespołową.

Jak wyglądały zimowe przygotowania?

- Wykonaliśmy bardzo dobrą robotę. Pokazują to wyniki badań wydolnościowych, szybkościowych oraz siłowych. Pracujemy bardzo nowoczesnymi metodami. Jacek Magiera podkreśla, że tak jak to się robi w klubach pierwszoligowych. Co dwa tygodnie zawodnikom badamy krew. Mamy dokładnie rozpisane mikrocykle szkoleniowe. To nie jest już tylko zimowe ładowanie akumulatorów. Przygotowanie typowo piłkarskie też przebiegło bez zakłóceń. Mamy komfort w postaci sztucznego boiska. Może zabrakło nam kilku treningów na naturalnej nawierzchni, ale nie mogliśmy sobie też pozwolić na zniszczenie tych boisk. Byliśmy trzy dni na zgrupowaniu w Zielonce. To nie dużo, ale zawodnicy mieli siedem jednostek treningowych, a do tego doszły też pewne elementy integrujące zespół. Na miarę naszych możliwości finansowych uważam, że przygotowaliśmy zespół optymalnie.

Wystarczająco, żeby awansować do II ligi?

- Jaki jest cel to powszechnie wiadomo. Na wiosnę mamy 15 spotkań, a terminarz nam służy, bo aż dziewięć z nich gramy na Arenie. Mamy tak naprawdę jeden bardzo trudny wyjazd, gdy w Rzeszowie gramy ze Stalą, ale takie mecze lubimy grać. Jasne może nam się przydarzyć wpadka, ale ona nie może mieć wpływu na miejsce, które zajmiemy na koniec rozgrywek. Co więcej potrzeba? Mamy doskonałych kibiców, infrastrukturę. Czujemy ogromne wsparcie wśród władz miasta. Prezydent Krzysztof Komorski bardzo pomaga nam w szybszym i sprawniejszym załatwianiu wielu spraw organizacyjnych. Finansowanie naszego klubu opiera się na trzech filarach. Pierwszy to urząd miasta, który zapewnia nam ok. połowę budżetu. drugi to firmy Ursus, Perła i Idea Invest (branża nieruchomości -red), a trzecia to ok. 20 średnich i małych przedsiębiorstw, które z nami współpracują. W tym filarze liczymy też na kibiców, bo dzięki sprzedaży biletów też możemy zarabiać. Reszta w nogach piłkarzy.

Ale to jest tylko sport...

- Nie wyobrażam sobie tego klubu w III lidze. Jeśli ktoś sportowo okaże się lepszy to nic z tym nie zrobię, ale mnie na pewno z tego rozliczą. Jeśli moje działania okażą się nie wystarczające i nie awansujemy to znaczy, że zawiedliśmy i trzeba poszukać innych ludzi i rozwiązań. Nie da się też wykrzesać w sobie entuzjazmu i sił na pracę w trzeciej lidze przez kolejny rok, więc daje z siebie wszystko, ale stawiam sprawę zero-jedynkowo. Daje swój pomysł i pracę na najwyższych obrotach, ale jeśli się pomylę lub nie będę miał szczęścia to musi tu przyjść ktoś inny.

Trzy nowe twarze w drużynie wystarczą? Odeszło też dwóch zawodników, którzy byli podstawowymi zawodnikami w ekipie Nowaka.

- Paweł Socha, Piątek i Julien Tadrowski to nie są ludzie z ulicy. Na pewnym etapie najważniejsze jest, żeby zawodnik zrobił wszystko dla Motoru. Weźmy Macieja Prusinowskiego. Został w klubie, a przecież jesienią nie był podstawowym zawodnikiem. Swoją postawą na zgrupowaniach udowodnił, że mu zależy. Remigiusz Szywacz i Maciej Wojczuk nie chcieli udowadniać, że zasługują na grę w podstawowej jedenastce. Uważali, że to miejsce im się należy. Tadrowski, Piątek, Socha czy wspomniany Prusinowski będą się o miejsce bić.

Co jeszcze skłania do optymizmu?

- Naszą siłą są juniorzy, którzy grają w centralnej lidze juniorów. Pięciu z nich aspiruje do gry w pierwszym zespole. Jak ktoś z zawodników wypadnie ze składu ze względu na kartki czy kontuzje to oni są gotowi, bo już są ograni na wysokim szczeblu juniorskim. Takiego komfortu nie ma Resovia czy Karpaty Krosno. Wiemy, że mamy bardzo mały margines błędu, bo nawet jeśli wygramy ligę to przyjdzie jeszcze pora na baraż. Na razie obserwujemy Olimpię Elbląg, bo zakładamy, że to właśnie z nimi się zmierzymy. To mocny zespół z ustabilizowaną kadrą, ale myślę, że to Motor ma większy potencjał.

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU