Sport.pl

Życie na ringu pisane. Stulecie urodzin Stanisława Zalewskiego

Przez wiele lat był jednym z najbliższych współpracowników słynnego trenera Feliksa Stamma. Należał do wielkiej trójki, która stworzyła potęgę polskiego boksu - obok Stamma i Pawła Szydło. 27 marca minęła setna rocznica Jego urodzin.
Stanisław Zalewski, bo o Nim mowa to jedna z najbarwniejszych postaci w historii polskiego pięściarstwa. Przez szereg lat był zawodnikiem, a potem trenerem i masażystą reprezentacji Polski - i to w czasach jej największej świetności. Opiekował się bokserami podczas pięciu igrzysk olimpijskich, był z nimi na kilkunastu mistrzostwach Europy, skąd przywozili worki medali. Ustanowił też rekord, jeśli chodzi o mistrzostwa Polski - uczestniczył w nich, bądź je obserwował aż 52 razy. Zawodnicy go uwielbiali. - Stasiu, kocham cię - mówił wyraźnie wzruszony słynny pięściarz Leszek Drogosz, też już nieżyjący, podczas 85. urodzin Zalewskiego. - Byłeś dla nas wszystkim, można powiedzieć lekarzem dusz.

Trzeba pamiętać, że psychologów sportowych wówczas nie było, a pan Stasio, bo tak go wszyscy nazywali, potrafił znakomicie rozładować napiętą atmosferę przed startem. Słynął z umiejętności kapitalnego opowiadania dowcipów, a także świetnie grał w karty. Robił to w taki sposób, aby podbudować tego, kto wymagał psychicznego wsparcia, czyli innymi słowy zawsze wygrywał ten..., komu to było najbardziej potrzebne. - Co ja musiałem wyprawiać, żeby przegrać w tysiąca z Kazimierzem Paździorem [złoty medalista olimpijski z Rzymu - przy. red.], który przed jednym z pojedynków wmówił sobie, że jak ze mną wygra, to w ringu także pokona swojego rywala - opowiadał po latach. - Nie chwaląc się byłem w tej grze mistrzem, ale czego się nie robi dla dobra sprawy... Oczywiście swoją walkę Kazik wygrał.

Ucieczka z kina Apollo

Urodził się w 1916 r. w Lublinie. Mieszkał w samym centrum, czyli przy ul. Szpitalnej, dziś Peowiaków. Obok był stadion Unii. Jak każdy młody chłopak zaczynał od kopania piłki, uprawiał też lekkoatletykę, ale jego prawdziwą miłością okazał się boks. Zaczynał w PKS Lublin. Uprawianie sportu łączył z pracą w drukarni, gdzie z czasem został zecerem i wykonywał ten fach aż do wybuchu wojny. Jednocześnie pilnie trenował, a że zawodnikiem był utalentowanym, to w 1937 wywalczył na rozgrywanych w Poznaniu mistrzostwach Polski brązowy medal w wadze koguciej. Od wczesnych lat pociągała go też praca trenerska, więc zdobył także uprawnienia szkoleniowe. Niestety, podobnie jak wszystkim sportowcom w tym okresie najlepsze lata kariery zabrała mu druga wojna światowa. Ale nawet podczas tego mrocznego czasu nie zawiesił całkiem rękawic na kołku i prowadził zajęcia w prywatnych mieszkaniach czy na łąkach nad Bystrzycą.

Na dwa tygodnie przed wyzwoleniem Lublina spod okupacji niemieckiej - w czerwcu 1944 r, - wziął udział w meczu bokserskim pomiędzy reprezentantami Warszawy i Lublina, który rozegrano w kinie Apollo przy ul. Peowiaków. Wystąpił w wadze muszej, gdzie spotkał się ze Śmiechem. Walkę wygrał, ale nie czekał nawet na ogłoszenie werdyktu, bo... musiał błyskawicznie opuścić salę, gdyż był poszukiwany przez Niemców i musiał się ukrywać. - Walczyłem pierwszy i nawet nie wiedziałem, jakim wynikiem zakończyło się to spotkanie [Warszawa wygrała 6:4 - przyp. red.], ale dobrze zrobiłem, że umknąłem, bo zaraz potem pojawili się w szatni niemieccy żandarmi, którzy chcieli mnie aresztować - wspominał. - Dwa miesiące później znowu wystąpiłem w tym samym miejscu, ale atmosfera była zupełnie inna, a bokserzy i kibice bardzo wzruszeni, bo był to pierwszy w Polsce mecz po zrzuceniu hitlerowskiego jarzma.

Triumf w Tokio

Po wojnie jeszcze trochę boksował, ale od 1946 r. zajął się już pracą trenerską. W swojej karierze szkoleniowej prowadził m.in. stołeczną Legię, Zawiszę Bydgoszcz, ale najdłużej związany był z lubelskim Motorem. Natomiast, jeśli chodzi o kadrę narodową, to właśnie Zalewski był jednym z tych, którzy mogli w 1964 r. w Tokio świętować największy sukces polskiego boksu w historii. Podczas igrzysk olimpijskich w Japonii polscy pięściarze trzy razy z rzędu wysłuchali Mazurka Dąbrowskiego. Wówczas złote medale zdobyli: Józef Grudzień w wadze lekkiej, Jerzy Kulej w lekkopółśredniej i Marian Kasprzyk w półśredniej. Potem wszyscy zgodnie podkreślali olbrzymi wkład Stanisława Zalewskiego w ich sukces. Oczywiście nie zaniedbywał też pracy z zawodnikami lubelskimi, którzy święcili sukcesy na krajowych i międzynarodowych ringach. - On był dla nas jak ojciec - mówi znany ongiś lubelski pięściarz Marian Choina, z którego tatą Janem Zalewski toczył na ringu zażarte pojedynki. - Trenowałem pod jego okiem ponad dziesięć lat. Jako trener był bardzo wymagający, ale zawsze ćwiczyliśmy i walczyliśmy w znakomitej atmosferze. Dopingował nas nie tylko do osiągania sukcesów sportowych, ale i do nauki. Bardzo był dumny ze swoich wychowanków, którzy potem skończyli studia i sprawdzali się na polu zawodowym. Poza tym słynął z wielkiego poczucia humoru, co szczególnie przed meczami wprawiało nas w taki nastrój, że aż się chciało wychodzić na ring. Myślę, że teraz w boksie bardzo brakuje takich ludzi jak On.

Stanisław Zalewski zmarł 7 lipca 2001 r. Dziś Jego imię nosi bulwar nad Bystrzycą, a Maciej Maj napisał o Nim książkę pt. "Ring wolny".

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU



Więcej o: