Piotr Masłowski: Mecz ligowy to dla nas nagroda

Jest czołowym rozgrywającym w Polsce. Ubiegły sezony był dla niego najlepszy w karierze. Z mistrzostw świata Piotr Masłowski wrócił z brązem, taki sam krążek zdobył w lidze z Azotami. Nie deklaruje, że puławianie będą grali o brąz czy srebro, ale twierdzi, że... to hegemonia Kieleckiego.
ROZMOWA Z PIOTREM MASŁOWSKIM

Michał Jackowski, Wiesław Pawłat: W tym roku też zaczniecie sezon od kilku wpadek? Po ośmiu meczach mieliście dwa punkty.

Piotr Masłowski: Jeśli to ma się zakończyć medalem, to czemu nie. A tak poważnie, to nie wyobrażamy sobie powtórki z początku poprzednich rozgrywek. Nic nie wskazywało, że będziemy bić się o medale, i wszyscy skazywali nas na walkę o utrzymanie. Zwycięstwa budują, a porażki, co oczywiste, mają negatywny wpływ na atmosferę w szatni i wokół klubu. Zarząd postanowił zmienić trenera i okazało się to strzałem w dziesiątkę.

To dlaczego w tym roku będzie srebro?

- (śmiech) Na pewno będziemy walczyć. Skład na papierze wygląda imponująco. Na każdą pozycję mamy dwóch zawodników. To duży handicap, bo kto nie wejdzie z ławki, ten może pociągnąć drużynę do zwycięstwa. Na razie nie ma co deklarować, czy gramy o brąz czy srebro. Każdy z nas ma swoje ambicje i chcemy wygrać kolejny mecz. Odpowiedź, na co nas stać, przyniesie wrzesień i październik. Od początku mamy ciężkie mecze w lidze, potem dwumecz o awans do fazy grupowej EHF. To już będzie wyznacznik. Hegemonia Vive i Wisły kiedyś musi się skończyć.

Trener Ryszard Skutnik nie spodziewał się, że tak szybko dojdziesz do formy po kontuzji pleców. Ty też czujesz się już na siłach wziąć odpowiedzialność za zespół?

- Od powrotu z mistrzostw świata w Katarze zagrałem kilka spotkań. Potem trzy miesiące musiałem się leczyć. Końcówka sezonu była dla mnie stracona. Co prawda zdążyłem jeszcze zagrać w fazie play-off, ale dużo brakowało do optymalnej dyspozycji. Od lipca jestem jednak w pełnym treningu, a do tego cały czas indywidualnie przechodzę rehabilitację. Mam nadzieję, że limit pecha już wyczerpałem.

Zdrowie musi być, bo wiele wskazuje, że możesz być kluczową postacią w układance selekcjonera Michaela Bieglera na zbliżające się ME w Polsce. Przy kontuzjach Bartłomieja Jaszki i Mariusza Jurkiewicza miejsce na środku rozegrania może należeć do ciebie.

- Siedzi mi to trochę w głowie. To pierwsza taka impreza w Polsce - bardzo prestiżowa. Ale nie ma się co podpalać. W każdym meczu i treningu trzeba podwyższać poziom sportowy, a trener Biegler na pewno to doceni.

Przed turniejem czeka was w Puławach jeszcze debiut w Pucharze EHF.

- To drugi turniej poza Ligą Mistrzów. Na pewno nie stoimy na straconej pozycji i chcemy się bić o fazę grupową. Losowanie jest w październiku, będziemy wiedzieli, co mam los przyniesie. Jest to szansa dla nas i klubu, żeby pokazać się w Europie.

Chcesz zebrać pozytywne recenzje i wyjechać do innej, silniejszej ligi?

- Nie myślę o tym, co za rok. Pierwszeństwo rozmów mają Azoty. Jestem tu już piąty rok i nigdy nie miałem żadnych problemów. Kusi mnie gra za granicą, ale liga polska też jest mocna. Są tu fajne nazwiska i warto tutaj grać. Choć na pewno wizja wyjazdu i spróbowania czegoś innego w głowie siedzi.

Rozpoznawalność Piotra Masłowskiego po medalu MŚ na pewno wzrosła...

- Czasami się zdarza, że ktoś poprosi o zdjęcie czy autograf, ale to bardzo miłe... Fajnie, że ktoś docenia naszą grę i pracę na treningach. Bo to przecież nie tylko mecz. Tak naprawdę liczy się robota od poniedziałku do piątku, a już mecz ligowy to dla nas nagroda.

Nagroda za lata wyrzeczeń?

- Zdecydowanie. Już jako młody chłopak musiałem z wielu rzeczy zrezygnować. Nie pamiętam, kiedy byłem na urlopie. Gdy okres wakacyjny się zbliża, to my, zawodnicy, mamy najgorętszy okres przygotowań. Naprawdę wiele trzeba poświęcić, żeby dojść do jakiegoś poziomu. Wiadomo, że trzeba się dobrze prowadzić i mieć dużo samozaparcia. To wszystko w pewnym sensie odbywa się też kosztem rodziny.

Mimo że sport kosztuje cię sporo wyrzeczeń, ty nie masz go dość nawet w wolnym czasie...

- Tak, oglądam niemal wszystko, co można. Przede wszystkim piłkę ręczną. Jak tylko mogę, jeżdżę na mecze do Kielc, Płocka czy na MKS do Lublina. Lubię też piłkę nożną, od której zaczynałem, czy siatkówkę. Tak naprawdę nie fascynują mnie tylko sporty motoryzacyjne.

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU