Zwycięzców też się sądzi. Górnika droga donikąd

Piłkarze Górnika Łęczna jako beniaminkowie ekstraklasy czasami zachwycali jak w meczu z Legią, częściej irytowali (całą wiosnę). Jednak wypełnili stawiane przed nimi zadanie. Utrzymali się w lidze. Ciężko jednak jest nie zauważyć, że Górnik jest drużyną bez przyszłości, bo klub nie ma pomysłu na to, jak budować zespół na lata.
Górnik wrócił do ekstraklasy po siedmiu latach pokuty po karnej degradacji za udział w korupcji, która przez lata toczyła polską piłkę. Runda wiosenną w wykonaniu piłkarzy Jurija Szatałowa była co najmniej dobra. Zielono-czarni nawet jak przegrywali, cieszyli się opinią drużyny grającej ładnie piłką, która na boisku potrafi zdominować przeciwnika i przed nikim nie ma respektu. Przekonała się o tym nawet Legia Warszawa. W Łęcznej przy komplecie publiczności Górnik wygrał 3:1. - Chyba ten mecz nam wszystkim tutaj zaszkodził. Piłkarzom, trenerom, działaczom. Za bardzo uwierzyliśmy w to, że jesteśmy superdrużyną - komentował już po sezonie Veljko Nikitović, kapitan łęcznian.

Najbardziej w to uwierzyli chyba działacze i trenerzy, bo to oni odpowiadali za przeprowadzane zimą transfery. Łęczna stała się przytułkiem dla kopaczy (bo ciężko ich nazwać piłkarzami), którzy wyrzuceni byliby pewnie nawet z rozgrywek ligi orlikowej. Filipp Rudik, Włodymir Tanczyk, Evaldas Razulis, Josu. Za sprowadzenie i płacenie pieniędzy tym zawodnikom ktoś musi zapłacić głową.

Po sezonie sam trener Jurij Szatałow przyznał, że jego dobrze naoliwionej jesiennej maszynie zabrakło świeżej krwi. Kto jest temu winny według szkoleniowca? Media. - Jakby pan dał nam trochę pieniędzy, to transfery byłyby lepsze - mówił na konferencji prasowej. Przypomnijmy, że to nie media są od tego, aby szukać środków finansowych (oprócz Canal+, który uparcie ładuje w polską piłkę grube miliony), a działacze.

Szefowie klubu, którzy swój budżet niemal po połowie składają z pieniędzy z praw telewizyjnych i z kopalni Bogdanka, nie mają kompletnie pomysłu na to, którą ścieżką ma podążać ich klub. W ostatnich tygodniach, gdy tak naprawdę niewiele można było już zrobić, żyli w myśl zasady "teraz przetrwać, a potem będzie z górki".

Z górki nie będzie. Schody w kolejnym sezonie będą jeszcze bardziej strome. Drużyna z Łęcznej należy do najstarszych w lidze. Potrzeba kilku piłkarzy, którzy dodadzą jakości i wspomogą robiących wszystko co w ich mocy Tomasza Nowaka, Grzegorza Bonina czy Tomislava Bożica. Szczególnie brakuje napastnika. Wartościowi zawodnicy jednak kosztują, a nic nie wskazuje na to, że nagle prezes Artur Kapelko natrafił na jakąż żyłę złota.

Dyrektor sportowy Sevilii - Monchi podkreśla, że podstawą funkcjonowania klubu jest skauting i młodzież. Jak pokazały zimowe transfery w klubie nie mają pojęcia co to skauting. Młodzież? Na boisku pięć razy pokazał się 21-letni Wojciech Kalinowski. W sumie zagrał niewiele ponad 90 minut. W ostatnim meczu sezonu zagrał godzinę. Przeciętnie, ale bez kompleksów. Inny młody zawodnik Piotr Okuniewicz zagrał minutę i jakoś trudno uwierzyć, że napastnik sprowadzony z trzeciej ligi mógł być słabszy od dostającego więcej szans Razulisa.

Brak dobrego skautingu i akademii piłkarskiej z prawdziwego zdarzenia, to są dwa największe grzechy zarządu. Górnik jest klubem z małego miasta, bez większych tradycji. Jednak na piłkarskim pustkowiu, jakim jest Lubelszczyzna, od lat mógł być hegemonem, który sprowadza do siebie najzdolniejszych młodych zawodników z okolicy. Klubem regionalnym, który powinien ich promować i sprzedawać. Nic takiego nie miało miejsca nawet w pierwszej lidze.

Najgorsze jest to, że takich zaniedbań nie da się nadrobić w kilka miesięcy. Dla Górnika to ostatnia szansa, żeby zacząć działać. Za dwa, trzy lata rywal na lokalnym podwórku może być już poważny. Jeśli Motor Lublin szybko pokona kolejne szczeble ligowej drabinki i nie zapomni po drodze o podstawach, jakim jest szkolenie, to ekstraklasa w Łęcznej nie będzie miała racji bytu i pozostanie mglistym wspomnieniem.