Prusak: Psychologa nie potrzebujemy. Liczymy na kibiców

- Jestem trochę rozdarty. Na pewno ze zwycięstwa z Lechem nie będę się tak spontanicznie cieszył jak po meczu z Legią - mówi Sergiusz Prusak, bramkarz Górnika Łęczna. Prusak opowiada też o rozmowie ?dyscyplinującej? z kibicami, a także walce na noże o utrzymanie się w lidze.
Michał Jackowski: Spotkała was spora krytyka po ostatnim bezbramkowym meczu z Podbeskidziem.

Sergiusz Prusak: Sami wiemy, że dwa ostatnie mecze zagraliśmy bardzo słabo. Zdecydowanie więcej oczekują od nas kibice, trenerzy, ale też my sami. Głosy krytyki do nas oczywiście dochodzą, ale staramy się koncentrować na naszej pracy. Bardzo zależy nam na tym, żeby zmazać tę plamę w meczu z Lechem. Pokazaliśmy już, że potrafimy wygrywać w Łęcznej z faworytami. Boleśnie przekonał się nawet o tym mistrz Polski Legia Warszawa.

Po ostatnim meczu długo rozmawialiście z kibicami. Atmosfera była nerwowa?

- Wręcz przeciwnie. Była to bardzo pozytywna rozmowa. Kibice mają prawo z nami dyskutować. Wyjaśniliśmy sobie, że jedziemy na tym samym wózku. Jeszcze w pierwszej lidze też mieliśmy taką serię, gdy przegraliśmy trzy mecze z rzędu. Dzięki wsparciu kibiców wyszliśmy z tamtego dołka. Nasza sytuacja robi się nieciekawa, więc teraz też liczymy na tych najbardziej fanatycznych kibiców, bo głównie to oni tworzą dobrą atmosferę, a reszta trybun po prostu dołącza się do dopingu.

W pewnym momencie wytworzyła się presja związana z awansem do najlepszej ósemki. Przerosło to was?

- Jesteśmy zbyt doświadczoną drużyną, żeby presja nam pętała nogi. Po prostu coś się zacięło w naszej grze i musimy to naprawić. Pojawiały się pytania o psychologa. Ja nie korzystam i z tego co wiem, koledzy też nie. Dużo za to rozmawiamy z naszym sztabem szkoleniowym. Podnoszą nas na duchu, starają się zdjąć z nas ciężar. Cały czas podkreślają, że to tylko sport i powinniśmy się tym cieszyć, a nie spinać.

Teraz będzie już tylko trudniej. Realnie patrząc, nie macie już szans na awans do ósemki, która zagwarantuje utrzymanie się. Teraz każdy mecz to walka o ligowy byt.

- Tak naprawdę jeśli wygramy trzy ostatnie spotkania, to z dużym prawdopodobieństwem wejdziemy do ósemki. Jednak nie możemy się na tym skupiać. Najważniejszy jest każdy następny mecz i każdy punkt przybliży nas do zachowania ligowego bytu. Oczywiście miejsce w grupie mistrzowskiej da nam komfort i spokój.

Wasi rywale w walce o utrzymanie się również zaskakują. Zawisza zalicza serię zwycięstw i z pewnego kandydata do spadku zmieniła się w postrach faworytów.

- Teraz trzeba inaczej patrzeć na nasz remis w Bydgoszczy. W tej rundzie tylko Lechii jeszcze się to udało, a później Zawisza wygrywał już ze wszystkimi. Gratulacje dla chłopaków z Bydgoszczy, bo robią świetną robotę i chyba nikt nie oczekiwał, że będzie im aż tak dobrze szło. Jednak jeśli nawet zagramy w grupie spadkowej, to wtedy nie będzie już się liczyło to, co było. Różnice punktowe będą tak niewielkie, że walka pójdzie na noże.

Nadal czuje się pan pewniakiem w bramce? Nie obawia się pan, że zostanie kozłem ofiarnym obecnej sytuacji?

- Sam do siebie mam pretensje za mecz z Koroną [0:2 - przyp. red.]. Nie wyszło mi to spotkanie. Dużo rozmawiam z Arkadiuszem Onyszko, naszym trenerem bramkarzy. Widzi, że jestem w formie, a ja czuję zaufanie od sztabu szkoleniowego. Jednak nie ma nic za darmo. Wiem, że Silvio Rodić chce grać, i nie mogę odpuścić nawet na moment.

Czy na pana dyspozycję ma wpływ rotacja na środku obrony? Ostatnio parę stoperów za każdym razem tworzy ktoś inny.

- Wszystko wcześniej jest wypracowane na treningach. Wtedy trenujemy w różnych ustawieniach i nie ma dla mnie większej różnicy, kto gra przede mną. Moi koledzy są doświadczeni i prezentują dobry, ligowy poziom.

Rywalizacja z Lechem to nie jest dla pana zwykły mecz.

- Urodziłem się w Wielkopolsce. Nigdy nie ukrywałem, że jestem fanem Lecha. Kibicuję im w walce o mistrzostwo Polski. Wierzę, że w tym roku uda im się przełamać hegemonię Legii.

Co przemawia na korzyść Lecha?

- W tym roku Legia nie prezentuje się najlepiej. Gubią głupio punkty. Nie wydają się tak mocni jak jesienią. Lech za to jest bardzo wyrównanym zespołem. Ma bardzo silny atak, w którym brylują Kasper Hamalainen i Zaur Sadajew. Do tego mocna pomoc, uzupełniona przez stabilną obronę i dobrego bramkarza. Świetnie biją stałe fragmenty gry. Szczególnie wyróżnia się w tym Barry Douglas. A poza tym poznaniacy nie są faworytem i mistrza zdobyć mogą, a Legia musi.

Ewentualnego sukcesu nie będzie pan więc chyba celebrował, bo jeśli wygracie z Lechem, utrudni to im drogę do mistrzostwa.

- Jestem trochę rozdarty. Nie ukrywam tego. Na pewno nie będzie to taka spontaniczna radość jak po meczu z Legią. Liczę też, że Zawisza pokona Legię, choć przez to nam będzie trudniej walczyć o utrzymanie się i wyjdzie wszystko na równo (śmiech). Jednak jestem profesjonalistą i wiem, gdzie mi płacą. Zrobię wszystko, żeby trzy punkty zostały w Łęcznej. Po okresie niepowodzeń chcemy dać radość sobie, kibicom i naszym rodzinom.

Zostanie pan na przyszły sezon w Łęcznej?

- Kontrakt mam do końca czerwca, ale bardzo bym chciał zostać. Pierwsze rozmowy już były. Wiem, że klub też jest zainteresowany, i bardzo mnie to cieszy, bo bardzo zżyłem się z tym miejscem. Jeśli będzie zdrowie, to chciałbym jeszcze pograć w piłkę co najmniej dwa lata.



DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU