Im gorzej, tym lepiej. W tym szaleństwie jest metoda

Krótka piłka. Felieton Wiesława Pawłata
Piłkarze ręczni Azotów wyraźnie potwierdzają, że nie ma bardziej nieprzewidywalnej dziedziny życia niż sport. Mało tego, puławianie robią wszystko, co w ich mocy, aby tę tezę uzasadniać praktycznie co tydzień. Przed sezonem oczekiwania działaczy i sympatyków klubu były olbrzymie, a apetyty zaostrzali sami zawodnicy i ówczesny trener, którzy deklarowali nawet walkę o... mistrzostwo Polski. Niestety, proza życia błyskawicznie sprowadziła ich na ziemię, bo tak kiepskiego startu w ekstraklasie, jak w tym sezonie zespół znad Wisły nie miał od lat. Totalnie zawiódł bałkański zaciąg z trenerem Draganem Markoviciem na czele. To sprawiło, że zarząd podziękował mu za pracę i zatrudnił doświadczonego Ryszarda Skutnika. Trudno jednak ze stłuczonych odłamków zrobić pełnowartościową nomen omen szybę, bo gwiazda ostatnich mistrzostw świata i brązowy medalista tej imprezy Michał Szyba jeszcze w ubiegłym sezonie grał w Azotach i teraz widać, jak go brak. Mało tego, w zespole występuje jeszcze dwóch medalistów z Kataru - Przemysław Krajewski i Piotr Masłowski, a kolejnych pięciu grało w tej imprezie w barwach różnych państw. Wydawałoby się, że to nawet nadmiar bogactwa, ale drużynie w lidze zupełnie nie szło. Natomiast zdecydowanie lepiej było na arenie międzynarodowej, gdzie puławianie dotarli do ćwierćfinału rozgrywek Challenge Cup i teraz przyjdzie im się potykać z Benfiką Lizbona.

Na domiar złego drużynę trapiły kontuzje. Z tego powodu w ostatnim czasie wypadli ze składu lider drużyny Masłowski, a także Adam Skrabania i Kosta Savic. To wielka strata, zważywszy że Azoty czeka heroiczny bój o zakwalifikowanie się do fazy play-off. Wygląda jednak na to, że w puławskim klubie im gorzej, tym... lepiej. Dobitnie o tym świadczy ostatni mecz z Chrobrym Głogów. Osłabione Azoty na dziesięć minut przed przerwą przegrywały sześcioma bramkami i nikt przy zdrowych zmysłach na ich wygraną nie postawiłby złamanego grosza. Wówczas trener zdecydował się na pokerową zagrywkę, pomieszał, poprzestawiał - z rozgrywającego zrobił skrzydłowego, a skrzydłowego przesunął na środek i dalej poszło już jak z płatka. Zaskoczeni rywale zupełnie stracili kontrolę nad tym, co się dzieje na parkiecie i przegrali to spotkanie. Zresztą to mało powiedziane - oni zostali rozgromieni, bo tak trzeba określić porażkę różnicą dwunastu bramek. Tak sobie teraz myślę, że może jednak w tym szaleństwie jest jakaś metoda i zespół wjedzie wreszcie na właściwe tory...

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU