Dakarowy sukces Polaków i wielki Piątkowy pech

Krótka piłka. Felieton Wiesława Pawłata
Zakończył się najtrudniejszy rajd świata, czyli Dakar. Była to już 37. edycja tej imprezy, która przez ponad ćwierć wieku odbywała się pod nazwą Paryż - Dakar i rozgrywano ją w Afryce. Teraz został tylko jej drugi człon, a ze względów bezpieczeństwa zawody przeniesiono do Ameryki Południowej. Przez dwa tygodnie kierowcy motocykli, samochodów, quadów i ciężarówek zmagali się nie tylko z piaskami pustyni, olbrzymimi górami, ale także ze strasznymi upałami i przenikliwym zimnem. Warunki na trasach Argentyny, Boliwii i Chile były ekstremalne i dojechali tylko najwięksi twardziele. Dla Polaków ta impreza zakończyła się dwojako. Z jednej strony największym w historii sukcesem, bo Rafał Sonik triumfował w kategorii quadów, a Krzysztof Hołowczyc był trzeci wśród kierowców samochodów. Natomiast mroczną stroną rajdu są ofiary, których te zawody pochłonęły już wiele. W tym roku śmierć poniósł motocyklista Michał Hernik. To pierwszy Polak, który zginął na Dakarze, i mam nadzieję, że ostatni.

Kibice z naszego regionu też mieli za kogo ściskać kciuki, bo po latach przerwy znowu w rajdzie wystartował lublinianin. Był nim Kuba Piątek. Mistrz świata juniorów w cross country walczył dzielnie, przesuwał się do przodu, ale do mety w Buenos Aires nie dojechał. Na ósmym etapie pokonała go awaria motocykla. To wielki pech tego wielce utalentowanego debiutanta, zresztą podobny los dotknął Adama Małysza, któremu spłonął samochód. Można powiedzieć, że nad rodem Piątków ciąży jakieś fatum, bo przed 15 laty ojciec Kuby, Dariusz Piątek, też z tej samej przyczyny nie ukończył tego rajdu. Na szczęście Kuba jest młody i myślę, że jeszcze odegra w tej imprezie niepoślednią rolę.

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU