Powrót do korzeni. Żużel ratują... motocrossowcy

Krótka piłka. Felieton Wiesława Pawłata
"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie" - pisał blisko pięć wieków temu Andrzej Frycz Modrzewski. Lata płyną, a słowa te wcale nie tracą na aktualności. Można je rozpatrywać na różnych płaszczyznach i odnieść także do sportu, bo w tej dziedzinie - wprawdzie nie najważniejszej w życiu - jest to szczególnie widoczne. Najlepszym tego przykładem jest chyba lubelski żużel, gdzie w I-ligowym zespole KMŻ nie wystartował w tym sezonie ani jeden wychowanek klubu znad Bystrzycy. Nawet juniorzy byli z importu, bo u nas ich najzwyczajniej nie ma. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Zawsze trzon drużyny stanowili zawodnicy z Lublina, a z zewnątrz był jeden, ewentualnie dwóch żużlowców - zwykle wysokiej klasy, którzy podnosili jakość drużyny. Tak było z wielokrotnym mistrzem świata Hansem Nielsenem, pierwszym jeźdźcem tej miary, który trafił na polskie tory i przetarł szlaki w naszej lidze najlepszym zawodnikom globu. W 1991 roku Motor odniósł największy sukces w swojej historii - został wicemistrzem Polski. Ale od razu trzeba zauważyć, że w składzie oprócz słynnego Duńczyka, Leigha Adamsa z Australii czy Czecha Antonina Kaspera bardzo istotne role odgrywali lublinianie z Markiem Kępą, Jerzym Mordelem, Dariuszem Śledziem, Markiem Muszyńskim czy Robertem Juchą na czele. Poza tym zawsze miejscowi zawodnicy przyciągają więcej kibiców, co dla klubowego budżetu też nie jest bez znaczenia.

Zgadzam się z tym, że ze względu na postępującą komercjalizację sportu, pewnych rzeczy odwrócić się już nie da. Zespoły są budowane w oparciu o zawodników zagranicznych i każdego dziś można kupić, bo to tylko kwestia ceny. Z drugiej strony można powiedzieć, że bezcenne jest wyszkolenie naszych żużlowców i to nie tylko dla potrzeb klubowych, ale i reprezentacji. Zaświeciło się jednak światełko w tunelu za sprawą... motocrossowców. Wygląda na to, że działacze i zawodnicy od lat najlepszego polskiego klubu w tej dyscyplinie sportu - lubelskiego KM Cross, po zdobyciu tytułu mistrza świata juniorów przez Jakuba Piątka, poczuli się nieco "znużeni" sukcesami i prezes Piotr Więckowski chce powrócić do korzeni, wszak on swą karierę sportową zaczynał od żużla. Naturalnie oni nie myślą o starcie w lidze, a o założeniu i prowadzeniu szkółki żużlowej w oparciu o młodzież z motocrossu, ale chcą także zaprosić wszystkich chętnych, którzy pragną na torze spróbować swych sił. Wierzę, że im się uda, bo w motocrossie radzą sobie znakomicie zarówno pod względem sportowym jak i organizacyjnym, a na dodatek w arkana tego trudnego sportu będą wprowadzali młodych adeptów tacy spece jak Kamil Walczak i świetny ongiś jeździec Robert Jucha. Poza tym może to być całkiem niezły interes, bo juniorów u nas jak na lekarstwo, a na wypożyczeniu do innych klubów można jeszcze nieźle zarobić, natomiast pieniądze, które z tego tytułu wpłyną, przeznaczyć na zakup lepszego sprzętu i szkolenie kolejnych grup młodych żużlowców.

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU























KRÓTKA PIŁKA

Powrót do korzeni

Wiesław Pawłat

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie" - pisał blisko pięć wieków temu Andrzej Frycz Modrzewski. Lata płyną, a słowa te wcale nie tracą na aktualności. Można je rozpatrywać na różnych płaszczyznach i odnieść także do sportu, bo w tej dziedzinie - wprawdzie nie najważniejszej w życiu - jest to szczególnie widoczne. Najlepszym tego przykładem jest chyba lubelski żużel, gdzie w I-ligowym zespole KMŻ nie wystartował w tym sezonie ani jeden wychowanek klubu znad Bystrzycy. Nawet juniorzy byli z importu, bo u nas ich najzwyczajniej nie ma. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Zawsze trzon drużyny stanowili zawodnicy z Lublina, a z zewnątrz był jeden, ewentualnie dwóch żużlowców - zwykle wysokiej klasy, którzy podnosili jakość drużyny. Tak było z wielokrotnym mistrzem świata Hansem Nielsenem, pierwszym jeźdźcem tej miary, który trafił na polskie tory i przetarł szlaki w naszej lidze najlepszym zawodnikom globu. W 1991 roku Motor odniósł największy sukces w swojej historii - został wicemistrzem Polski. Ale od razu trzeba zauważyć, że w składzie oprócz słynnego Duńczyka, Leigha Adamsa z Australii czy Czecha Antonina Kaspera bardzo istotne role odgrywali lublinianie z Markiem Kępą, Jerzym Mordelem, Dariuszem Śledziem, Markiem Muszyńskim czy Robertem Juchą na czele. Poza tym zawsze miejscowi zawodnicy przyciągają więcej kibiców, co dla klubowego budżetu też nie jest bez znaczenia.

Zgadzam się z tym, że ze względu na postępującą komercjalizację sportu pewnych rzeczy odwrócić się już nie da. Zespoły są budowane w oparciu o zawodników zagranicznych i każdego dziś można kupić, bo to tylko kwestia ceny. Z drugiej strony można powiedzieć, że bezcenne jest wyszkolenie naszych żużlowców i to nie tylko dla potrzeb klubowych, ale i reprezentacji. Zaświeciło się jednak światełko w tunelu za sprawą... motocrossowców. Wygląda na to, że działacze i zawodnicy od lat najlepszego polskiego klubu w tej dyscyplinie sportu - lubelskiego KM Cross, po zdobyciu tytułu mistrza świata juniorów przez Jakuba Piątka, poczuli się nieco "znużeni" sukcesami i prezes Piotr Więckowski chce powrócić do korzeni, wszak on swą karierę sportową zaczynał od żużla. Naturalnie oni nie myślą o starcie w lidze, a o założeniu i prowadzeniu szkółki żużlowej w oparciu o młodzież z motocrossu, ale chcą także zaprosić wszystkich chętnych, którzy pragną na torze spróbować swych sił. Wierzę, że im się uda, bo w motocrossie radzą sobie znakomicie zarówno pod względem sportowym jak i organizacyjnym, a na dodatek w arkana tego trudnego sportu będą wprowadzali młodych adeptów tacy spece jak Kamil Walczak i świetny ongiś jeździec Robert Jucha. Poza tym może to być całkiem niezły interes, bo juniorów u nas jak na lekarstwo, a na wypożyczeniu do innych klubów można jeszcze nieźle zarobić, natomiast pieniądze, które z tego tytułu wpłyną, przeznaczyć na zakup lepszego sprzętu i szkolenie kolejnych grup młodych żużlowców.