Szeregowiec Prusak awansował. "Skończyły się żarty na treningu"

- Skąd awans? Ogromną robotę zrobił trener, który wszystko pozbierał do kupy. Bardzo mocna osobowość. Skończyło się odbijanie piłek podczas przedmeczowej odprawy, skończyły się żarty podczas treningu - opowiada 35-letni Sergiusz Prusak, bramkarz Górnika Łęczna
W niedzielę 25 maja piłkarze Górnika Łęczna na dwie kolejki przed końcem sezonu awansowali do ekstraklasy. Po raz pierwszy zagra w niej bramkarz Sergiusz Prusak, najstarszy piłkarz Górnika.

Jacek Brzuszkiewicz, Bartosz Surman: Niski budżet, brak gwiazd, piłkarze po przejściach. Przed sezonem nikt na was nie stawiał. Awansować mieli bogatsi. Co się stało?

Sergiusz Prusak: - Dobre pytanie. Przed sezonem liczyłem, że będziemy w czubie, ale żeby awansować?

Czyli?

- Ogromną robotę zrobił trener Jurij Szatałow, który wszystko pozbierał do kupy. Bardzo mocna osobowość. Skończyło się odbijanie piłek podczas przedmeczowej odprawy, skończyły się żarty podczas treningu. Szatałow wprowadził dyscyplinę. Nie to, żeby wcześniej jej nie było, ale teraz na boisku, podczas treningu, w szatni jest inaczej.

Jak wyglądało pierwsze wejście do szatni trenera Szatałowa? Sprowadził was do pionu?

- No nie. Kiedy dowiedzieliśmy się, że będzie naszym trenerem, podzwoniło się po Polsce, po kolegach i popytało. Co to za człowiek? Co go wkurza? Obyło się bez afer i scysji. Jednak opłaciło się coś zmienić, bo awansowaliśmy. Dodam, że trener Szatałow jako człowiek to bardzo przyzwoity facet. Kiedy ci nie idzie, weźmie na bok, pogada, doradzi, podtrzyma na duchu.

Wiosną przegraliście trzy mecze z rzędu. Nie baliście się wchodzić do szatni?

- Jest pan w błędzie. Pod koniec sezonu, kiedy ważyły się losy awansu ze strony prezesa, czy trenera, wcale nie byliśmy poddawani presji. Mieliśmy za zadanie skupiać się na najbliższych meczach. To paradoksalnie nam pomogło.

A z tymi trzema porażkami z rzędu nie było łatwo. Po porażce z GKS Bełchatów, Arką Gdynia i ROW-em Rybnik grupa pościgowa zbliżyła się do nas na jeden punkt. Wydawałoby się, że awans jest na wyciągnięcie ręki, tymczasem wszystko się rozsypuje. O naszej przyszłości, o wszystkim miał zadecydować mecz w Ząbkach z Dolcanem. Pamiętam długą, męską rozmowę z chłopakami. Pomogła, bo meczu nie przegraliśmy, a potem były cztery zwycięstwa z rzędu.

Co zadecydowało o awansie?

- Zwycięstwa na obcych boiskach. W zeszłym sezonie wygraliśmy tam jeden mecz z najsłabszą drużyną, w tym sezonie aż osiem, przede wszystkim ze słabszymi drużynami. To te punkty zadecydowały o awansie.

Na boisku to pan najgłośniej krzyczy na kolegów, jest pan twarzą piłkarskiej akademii Górnika, wraz z Marcinem Wójcikiem z kabaretu Ani Mru Mru w internetowych klipach zaprasza pan kibiców na mecze. Jest pan liderem grupy?

- Jednym z trzech, oprócz Veljko Nikitovicia [Serb, grał z Górnikiem w ekstraklasie przed 10 laty - red.] i Macieja Szmatiuka [charyzmatyczny obrońca - red.]. Wszyscy jesteśmy w radzie drużyny. Ale cała drużyna to zgrana paczka, na boisku gramy jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. A po treningu, meczu jest czas na żarty. W szatni często coś komuś znika, potem się odnajduje tam, gdzie nikt tego się nie spodziewa. Ktoś coś komuś przyklei na szafce. Generalnie jest śmiesznie.

Wróćmy do samego awansu.

- Wszystko dziwnie się ułożyło, bo nie cieszyliśmy się na boisku, tylko na grillu. Dlaczego? W sobotę wygraliśmy ważny mecz w Grudziądzu, ale licząc matematycznie, do ekstraklasy jeszcze nie awansowaliśmy. Wszystko zależało od meczów rywali, którzy grali w niedzielę po południu. Tego dnia z chłopakami umówiliśmy się na grilla, z rodzinami. Zamiast konsumować siedzieliśmy przy komputerze i śledziliśmy wyniki meczów. Kiedy się skończyły, wpadliśmy sobie w ramiona.

PRZEDWOJENNY CELEBRYTA, GDY ZMARŁ NIKT NIE WIERZYŁ



Była zabawa?

- Z umiarem, bo następnego dnia był trening. No i trener Szatałow (śmiech). Poświętujemy w sobotę 7 czerwca, wracając z ostatniego meczu w Olsztynie. Oj, będzie się działo, będzie wesoły autobus. Do dziś nie mogę uwierzyć, że to wszystko prawda, że mamy ekstraklasę. Że będę w niej w końcu grał. Ale to dopiero w drugiej połowie lipca, jak mnie trener wystawi (śmiech). Wcześniej, po zakończeniu sezonu mamy dwa tygodnie wolnego. Z żoną i synem [uczeń szóstej klasy szkoły podstawowej - red.] jedziemy do rodziców do Dobrzycy, małego trzytysięcznego miasteczka w Wielkopolsce. Stamtąd pochodzimy. Szykuje się wielkie świętowanie. Jeszcze nikt z naszego miasteczka w ekstraklasie nie grał.

Będą pana witać jak Kamila Stocha, który wracał z olimpiady w Soczi z dwoma złotymi medalami?

- Nie możemy z żoną się doczekać, Dobrzyca też. Na meczu w Grudziądzu był mój teść ze szwagrem. Aż 250 kilometrów musieli przejechać. Dopingowali Górnika wraz z fanami z Łęcznej. Po meczu szaleli ze szczęścia.

Skończył pan 35 lat. Nie boi się pan debiutu w ekstraklasie?

- Nie mogę się doczekać. Dam radę. Od dziecka, jak chyba każdy w Wielkopolsce jestem kibicem Lecha Poznań i moim największym marzeniem jest zagrać w ekstraklasie na stadionie "Kolejorza" przy ul. Bułgarskiej. Żartowałem niedawno z trenerem Szatałowem, że po takim meczu może posadzić mnie na ławce rezerwowych, bo spełni się moje marzenie. Ale mam jeszcze jedno. Ograć Legię, za którą w Wielkopolsce, mówiąc delikatne, nikt nie przepada (śmiech).

Jak się zostaje bramkarzem?

- Tak jak piłkarzem, na podwórku. Postawili mnie na bramkę, mimo że jako 14-latek byłem niski. Wszyscy się śmiali, że bardziej z moim wzrostem pasuję do piłki ręcznej. Potem urosłem do 194 cm. No i się zaczęło na poważnie.

Kiedy?

- Grałem w lokalnych klubach, aż przyszło powołanie do wojska. Chciałem pójść do takiej jednostki, gdzie mógłbym grać w piłkę. Przychodzi polecony, otwieram, a tam powołanie niedaleko Szczecina, gdzie nie było żadnej wojskowej drużyny. Co było robić, pojechałem. Leżę załamany na łóżku, otwierają się drzwi, każą zameldować się do dowódcy. Tam dowiedziałem się, że przechodzę do jednostki w Świnoujściu i będę grał we Flocie. Miałem farta, bo pierwszy bramkarz zmienił klub, a trener postawił na mnie. Potem zostałem żołnierzem zawodowym, ale dosłużyłem się tylko jednej belki [starszy szeregowiec - red.]. Nad morzem spędziłem w sumie dziewięć sezonów. Ciągle we Flocie, na przemian w drugiej i trzeciej lidze.

Nie miał pan propozycji z lepszych klubów?

- Były jakieś rozmowy z Zagłębiem Lubin, jednak w Świnoujściu z żoną bardzo nam się podobało. Fajnie jest mieszkać nad morzem, kilka kroków i jesteś na plaży. Co prawda gorzej jest zimą, ale można wytrzymać. Wyjazd ze Świnoujścia odradzała mi też mama. Synku, a źle ci tam, po co będziesz wyjeżdżał na niepewne. W wojsku masz etat, powtarzała. A ja jako dobry synek słuchałem.

Skąd się wzięła Łęczna?

- Kiedy zadzwonił Górnik, piłkarzem Floty był Grzesiek Skwara [grał w Górniku w ekstraklasie - red.]. Chłopie, nie zastanawiaj się ani chwili, tylko jedź. Nie pożałujesz, powtarzał.

I...

- Grzesiek miał rację. Flota ma tylko jedno boisko treningowe, siermiężny stadion. A w Łęcznej inny świat. Fajny stadion, trzy boiska treningowe, gabinety do odnowy biologicznej. Wszystko na miejscu. Proszę sobie wyobrazić, że w Świnoujściu, chcąc korzystać z odżywek, musiałem je sobie kupić. Podobnie było z odnową biologiczną. Musieliśmy się tułać po Świnoujściu po jakichś sanatoriach. W Łęcznej wszystko jest poukładane, wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Nawet kroplówki z mikroelementami, czy solami itd. Powiem tak, Górnik to inny świat. Nie ukrywam, że także lepiej tu płacą niż nad morzem.

Łęczna to fajne miejsce do życia?

- Jak najbardziej. Cisza, spokój, wszystko po ręką. Tak jak w Dobrzycy. Nie ma do czego się przyczepić. Zresztą, jak czegoś więcej człowiekowi potrzeba, wsiada w samochód i jest w Lublinie. No i to fantastyczne Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie. Uwielbiamy z żoną i kumplami z drużyny wypady nad jezioro Zagłębocze.

FACEBOOK

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU



Lubi pan Lublin. Wszystko wskazuje na to, że Górnik swoje najważniejsze mecze będzie grał nie w Łęcznej, tylko w Lublinie, na nowym stadionie przy ul. Krochmalnej. Dzięki temu Legię, czy Lecha obejrzy nie 7 tysięcy kibiców, tylko dwa razy więcej. Co pan na to?

- To bardzo zły pomysł. Górnik jest z Łęcznej, więc powinien grać właśnie tam. Zresztą pomysł gry w Lublinie nie spodoba się naszym kibicom. A przecież gramy, zwyciężamy, awansujemy właśnie dla nich. Przy Krochmalnej niech gra Motor, któremu zresztą wszyscy w szatni kibicowaliśmy. Szkoda, że spadli do trzeciej ligi.

Zostaje pan w Łęcznej?

- Gdyby omijały mnie kontuzje, chciałbym pograć w ekstraklasie jeszcze co najmniej dwa lata. Co potem? Coraz częściej zastanawiamy się z żoną, czy tu nie zostać na stałe. Kilka razy byliśmy z chłopakami z drużyny w kopalni. Roboty się nie boję, mógłbym tam pracować. Przecież górnik to pewny fach.

Na koniec z zupełnie innej beczki. Dlaczego polska piłka nie może wygrzebać się z dna?

- Jak mamy szkolić młodych piłkarzy, skoro nie mamy odpowiedniego zaplecza treningowego? Nie wiem, czy widzieliście stadion w Stróżach. Tam mają tylko jedno boisko, na którym zresztą grają mecze ligowe i trenują. Nie dość, że jest nierówne i przechylone, to trawa sięga po kostki. Pytam, kto dopuścił coś takiego do gry. Jeśli do tego dodać kiepską kadrę szkoleniową, mamy prostą odpowiedź, dlaczego jest tak źle. Zastrzegam, że Górnik jest tu wyjątkiem.

Komentarze (2)
Szeregowiec Prusak awansował. "Skończyły się żarty na treningu"
Zaloguj się
  • rawel7

    0

    Volumax możesz się zdziwić Ekstraklasa to nie Bundesliga gdzie taki Brunschwig czy Paderborn zaliczą epizody już Ruch pokazał jak bez gwiazd i kasy nie tylko utrzymzć się w lidze a nawet zająć miejsce na podium. Taki to już urok naszej ligi i jak tylko piłkarze będą chcieli powalczyć na boisku to utrzymanie pewne. A czy z Bogdanką to ta Łęczna faktycznie jest taka biedna :)?

  • volumax-v1

    Oceniono 2 razy 0

    bez urazy ale jest to pierwszy kandydat do spadku, kultura i sposób grania pomiędzy ekstraklasą a pierwsza ligą to jest przepaść może się myle ale czas pokarze

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX