Prezes Górnika: "Plan nr 1. Dokopać się do ekstraklasy"

- Chcąc osiągnąć sukces w futbolu, trzeba spełnić kilka warunków. Potrzebne są do tego: czas, cierpliwość, pieniądze, baza sportowa, system szkolenia i szczęście. W Łęcznej nie mamy wpływu tylko na warunek ostatni - mówi Artur Kapelko, prezes Górnika
W niedzielę piłkarze z Łęcznej rozpoczynają walkę o ekstraklasę, czyli bój o wielkie pieniądze z praw telewizyjnych i grę na wzniesionych na Euro pięknych stadionach.

Jacek Brzuszkiewicz, Bartosz Surman: Puste trybuny, brak atmosfery. Na ostatnim meczu Górnika Łęczna z GKS-em Tychy było raptem półtora tysiąca kibiców. Po co Łęcznej ekstraklasa?

Artur Kapelko: Według mojej wiedzy na tym meczu było ok. dwóch i pół tysiąca kibiców. Atmosfera była OK. Wiosną, kiedy będziemy walczyć o ekstraklasę, wygrywać, stadion będzie prawie pełny. Gwarantuję.



Jak się zostaje działaczem sportowym?

- Po pierwsze trzeba interesować się sportem. Od najmłodszych lat ganiałem za piłką, nie mogłem doczekać się, kiedy telewizja pokaże transmisję kolejnego meczu. Wychowałem się w Puławach. Niestety, kariery piłkarskiej nie zrobiłem, bo byli ode mniej lepsi. Ale sport to nie tylko treningi, rywalizacja, mecze. Na początku lat 90. dostałem się na prawo na Uniwersytet Białostocki, bo byłem związany z Podlasiem rodzinnie.

ASYSTENT TRZECH WOJEWODÓW, DYREKTOR ZACHĘTY. DZIŚ?



I właśnie tam poczułem pasję organizatora. Organizowałem turnieje piłkarskie dla juniorów. Na początku tylko w Białymstoku, potem w Polsce i za granicą. Chcąc wyjechać na mecze, trzeba było zdobyć pieniądze, a właściwie je "wychodzić" u sponsorów, czyli lokalnych przedsiębiorców. Dzięki sportowi w tamtych jeszcze dość siermiężnych czasach zobaczyliśmy z chłopakami kawał Europy, właściwie jej wschodniej części. Graliśmy na Białorusi, na Łotwie, w Estonii, na Litwie, w Rosji. Jako ciekawostkę podam, że bramkarz Jagiellonii podczas turnieju w Moskwie miał trening z legendarnym bramkarzem Spartaka Moskwa Rinatem Dasajewem.

Wciąż pan jeździł. A kiedy miał pan czas na naukę?

- Jakoś udało się to łączyć. Pamiętam, że pod koniec studiów uczelnia wysłała mnie na praktykę do jednej z kancelarii prawnej w Stuttgarcie, a ta z kolei umożliwiła staż w jednym z najsłynniejszych klubów piłkarskich w Niemczech - VfB Stuttgart.

TRENER MOTORU CHCIAŁBYM ŻEBY W CZERWCU KLEPALI NAS PO PLECACH



Dzięki temu przez chwilę z bliska mogłem popatrzeć na Bundesligę, którą dotąd z zapartym tchem mogłem oglądać w telewizji. Zobaczyłem jej specyfikę sportową, a w szczególności otoczkę organizacyjną i marketingową. To był inny świat, gdzie kluby działają jak wielkie przedsiębiorstwa, gdzie każdy z pracowników wie, za co odpowiada.

No ale kiedy został pan tym działaczem sportowym?

- To było latem 2003 r. Ale po kolei. Tym, czym dla Lublina i Lubelszczyzny był Motor, tym dla Podlasia - Jagiellonia. Motor był jednak zamożniejszym klubem, bo stała za nim wielka firma, czyli Fabryka Samochodów Ciężarowych. Jagiellonia tak potężnego sponsora nie miała, klub wspierało przedsiębiorstwo budowlane. Jednak ten klub miał w Białymstoku cenną działkę, na której stał stary stadion.

PAMIĘTACIE "PIŁKARSKI DIAMENT"? LUBLINIANIN W FINALE



Właśnie przed dziesięciu laty perspektywa wybudowania w tym miejscu galerii handlowej przyciągnęła do Jagiellonii lokalnych biznesmenów, którzy zaproponowali mi w klubie objęcie funkcji dyrektora operacyjnego, czyli człowieka od wszystkiego. Dlaczego właśnie mnie? Bo wtedy w Białymstoku byłem już osobą dość rozpoznawalną w środowisku piłkarskim. Takim piłkarskim zapaleńcem.

Pamięta pan scenę z kultowego filmu "Piłkarski poker" Janusza Zaorskiego, kiedy białostoccy taksówkarze zrzucają się na sędziów mających prowadzić mecz drużyny z Białegostoku decydujący o utrzymaniu w ekstraklasie? Pada wtedy słynne już zdanie: "społeczeństwo w Białymstoku mamy ofiarne".



- Coś w tym jest (śmiech). Ludzie w Białymstoku, choć myślę, że również w całej Polsce, kochają dobrych piłkarzy i po niezłych widowiskach piłkarskich pozytywne emocje sięgają zenitu. Wtedy chce się żyć.

Dlaczego Jagiellonia gra dziś w ekstraklasie, a Motor tuła się na dnie drugiej ligi?

- Jagiellonia miała szczęście. Przede wszystkim do akcjonariuszy, którzy przetrwali bardzo trudny okres. Gdy Jagiellonia awansowała do ekstraklasy, gdzie kluby otrzymują pieniądze ze sprzedaży praw telewizyjnych, jest już łatwiej. To naprawdę są duże pieniądze, dzięki którym można myśleć o budowie drużyny i rozwoju klubu.

PIERWSZA W POLSCE KLASA Z FUTBOLEM AMERYKAŃSKIM



Dodam, że na Podlasiu nie ma wielkich firm, jak kopalnia w Bogdance czy puławskie Azoty, które wspierają sport. Proszę zobaczyć, tam nie ma wielu dyscyplin na wysokim poziomie, czy np. żużla. Tym bardziej sukces piłkarzy Jagiellonii musi budzić uznanie.

Jak trafił pan do Łęcznej?

- Czas, który spędziłem w Jagiellonii, to był bardzo dobry okres. Jednak po sześciu latach postanowiłem coś w swoim życiu zmienić. Miałem inne propozycje, jednak ucieszyłem się, gdy dostałem zaproszenie na rozmowy do Górnika Łęczna. To było w 2009 r.

Dlaczego Łęczna?

- Chcąc osiągnąć sukces w futbolu, trzeba spełnić kilka warunków. Potrzebne są do tego: czas, cierpliwość, pieniądze, baza sportowa. I jeszcze dwie rzeczy. Nie można skupić się jedynie na drużynie seniorów, tylko systematycznie szkolić młodzież. No i rzecz w sporcie, bez której sukcesów nie ma szczęście.



Górnik zaimponował mi przede wszystkim bazą sportową. W Łęcznej hala sportowa, boisko ze sztuczną nawierzchnią i boiska treningowe zlokalizowane są tuż obok stadionu, co stwarza komfort pracy. No i rzecz podstawowa, czyli strategiczny sponsor - kopalnia w Bogdance.

Trzy lata przed pana przyjściem do Górnika klub w związku z aferą korupcyjną został zdegradowany z ekstraklasy do drugiej ligi. Przecież Łęczna kojarzyła się z kupowaniem meczów.

- Nie będę się wypowiadał o tamtej sprawie, bo wtedy w Łęcznej mnie nie było. Powiem tylko, że karna degradacja była ogromnym ciosem dla klubu. Zanim do niej doszło, klub był świetnie zarządzaną firmą, grał w ekstraklasie, szkolił i sprzedawał piłkarzy, którzy regularnie trafiali do czołowych klubów, jak Sebastian Szałachowski i bracia Grzegorz i Piotr Bronowiccy do Legii czy Przemysław Tytoń do holenderskiej Rody Kerkrade.







No tak, ale prokuratorskie śledztwo wykazało, że to, co klub osiągnął w sensie sportowym, kupował?

- Zostawmy korupcję. Afera, która przetoczyła się przez piłkę, wywarła na całym polskim futbolu olbrzymie piętno, ale przede wszystkim zmieniła prawo. Od tamtej pory piłkarze, działacze, sędziowie biorący łapówki na podstawie Kodeksu karnego są karani. Dziś każdy, kto chciałby wybrać drogę na skróty, dziesięć razy się nad tym wszystkim zastanowi.

Dziś Górnik Łęczna jest na szczycie tabeli i walczy o awans do ekstraklasy. Co takiego się stało?

- W 2012 r. sprzedaliśmy naszego napastnika, reprezentanta Burkina Faso Prejuce Nakoulmę do Górnika Zabrze [za milion złotych - red.]. Prejuce przyszedł do naszego klubu za kwotę kilkukrotnie niższą. Po latach mogę przyznać, że sprzedając Prejuce, mieliśmy kupę szczęścia.

JAKA PRZYSZŁOŚĆ CZEKA KMŻ LUBLIN? MUSIMY POCZEKAĆ



Z pewnością pomógł nam w tym fakt, że trenerem Górnika Zabrze był Adam Nawałka [obecny trener reprezentacji Polski - red.], który w przeszłości był szkoleniowcem Jagiellonii. Nawałka zaufał nam, gdy przekonywaliśmy, że Nakoulma jest wart tych pieniędzy i na pewno się nie zawiódł.



W 2012 r. to był jeden z najwyższych transferów w całej polskiej piłce. Dzięki tym pieniądzom spłaciliśmy wszystkie zaległe zobowiązania. Stanęliśmy na nogi. Mogliśmy zacząć myśleć o przyszłości.



Budżet Górnika Łęczna na ten rok to ok. 6 mln zł. Gdyby w tabeli pierwszej ligi najważniejsze były pieniądze, klub znalazłby się na 6.-7. miejscu.

- Gdyby w sporcie grały pieniądze, nikt nie chodziłby na mecze, bo z góry wszystko byłoby wiadomo. Na szczęście w piłce jest inaczej. W Górniku mamy jedną, bezwzględną zasadę: wydajemy tyle, ile posiadamy w kasie. Dlatego nie możemy sobie pozwolić na superkontrakty i sprowadzanie gwiazd.



Jednak Górnik ma opinię klubu solidnego, który zawsze płaci tyle, ile obiecał, i zawsze robi to na czas. Piłkarze wiedzą też, że mogą się w Górniku odbudować i w przyszłości podpisać kontrakt z klubem zamożniejszym.

W środowisku to bardzo ważne. I jeszcze jedno - Górnik pracuje z dobrymi trenerami, z pierwszym zespołem pracuje Jurij Szatałow, wcześniej przed nim w klubie też pracowali zawodowcy. Chodzi m.in. o Artura Płatka, w przeszłości trenera, który jest skautem Borusii Dortmund.



Proszę zamknąć oczy i wyobrazić sobie Górnika za rok, na początku marca 2015 r. Gracie w ekstraklasie?

- Nie, nie, nie! Wybiegam naprzód tylko do najbliższej niedzieli, kiedy wyjeżdżamy do Płocka na mecz z Wisłą.

Awansujecie?

- Zapraszam na rozmowę 7 czerwca. Tego dnia rozegramy ostatni mecz w lidze ze Stomilem Olsztyn.



Wtedy wszystko będzie wiadomo. Na dziś mogę powiedzieć jedno: naszym celem jest wygrana w każdym najbliższym meczu.

Musimy powrócić do tego pytania. W Polsce kończy się, o ile już się nie skończyła, moda na futbol w małych miasteczkach, w stylu Grodziska Wielkopolskiego, Wronek. Co się stanie, kiedy za dwa, trzy lata do ekstraklasy wejdą piłkarze Motoru Lublin mający mocarstwowe plany i piękny stadion? Pieniędzy z kopalni w Bogdance nie wystarczy dla dwóch.

- Zacznijmy stąpać po ziemi. W tej chwili Górnik gra w pierwszej lidze, a Motorowi życzymy powodzenia i trzymamy za nich kciuki w każdym meczu. Nie przesadzajmy z tym wielkim futbolem tylko w dużych miastach. Popatrzmy na kraje zachodniej Europy - wielkość miasta nie gra w piłce roli: na malutkiej Korsyce w Lique 1, pierwszej lidze francuskiej, grają dwa zespoły - Bastia i Ajaccio. Podobnie jest w Belgii, Holandii i Niemczech. Takie przykłady można mnożyć. Nawet w europejskich pucharach grają kluby z małych miast.

W przyszłości chciałby pan zostać prezesem Motoru Lublin, tego, który za rok, za dwa lata będzie walczył o ekstraklasę. W środowisku piłkarskim padają takie głosy?



- W tej chwili jestem szczęśliwy, że mogę pracować w Górniku Łęczna.

Po tym, jak prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej został Zbigniew Boniek, wszedł pan do zarządu. Nie za dużo srok w garści?



- W zarządzie PZPN zasiada jeden przedstawiciel klubów I ligi. Skoro inni prezesi wskazali na mnie, nie wypadało odmawiać. Polska piłka potrzebuje zmian. Powiem o tym, że piłka nożna to jest gra zespołowa i dotyczy to również Zarządu PZPN.

Ma pan receptę na zapaść w polskiej piłce?

- Nie wyjdziemy z kryzysu bez pomocy państwa.

Ale przecież państwo, wraz z samorządem, już wybudowało dzieciakom np. orliki.

- To bardzo duży krok. Niemniej za nim powinny pójść następne. Uważam, że należy wspierać przedsiębiorców, którzy wspierają futbol odliczeniami podatkowymi.

TATAJ: MUSIMY SIĘ UTRZYMAĆ W DRUGIEJ LIDZE



Tak by ludziom łożącym na piłkę się to opłacało. Tak zrobiła np. Turcja - państwo łożyło na rozwój bazy sportowej i szkolenie młodzieży, ale na zawodową piłkę już przedsiębiorcy.

Kiedy państwo zacznie wspierać przedsiębiorców wspierających futbol, zaczną protestować sponsorzy innych dyscyplin sportu, mecenasi kultury, sztuki itd.

- Ale państwu w perspektywie czasu takie odliczenia podatkowe się opłacą. Dam przykład Belgii i Szwajcarii, gdzie piłka jest sportem z przedmieść, sportem imigrantów.



Dzięki pieniądzom, które pojawiły się w futbolu, młodzi ludzie, zamiast myśleć o różnych złych rzeczach, ganiają za piłką, robią kariery sportowe. Zresztą opłaca się to także Belgom i Szwajcarom, których silne reprezentacje jadą na mundial. A Polska tuła się w ósmej dziesiątce reprezentacji w rankingu FIFA.

Będziemy mieć silną reprezentację bez silnej ligi? Przecież w pucharach europejskich przegrywamy nawet z pogrążonymi w potężnym kryzysie Cypryjczykami?

- Reformując ligę, musimy patrzeć w stronę najlepszych. W piłce nie ma drogi na skróty. W tej chwili jedną z najmocniejszych lig jest Bundesliga w Niemczech. Przed kilku laty, kiedy była w kryzysie, przeprowadzono badania. Wyszło, że Bundesliga byłaby bardziej atrakcyjna, bardziej medialna, gdyby na mecze przychodziło więcej kobiet. Zapytano więc, dlaczego nie chcą przychodzić na stadiony. Wyszło, że przez zbyt małą liczbę damskich toalet. Dlatego podwojono ich liczbę i Bundesliga jest bardzo medialna i świetnie się sprzedaje. Przecież to proste.



I jeszcze jedno. Na początku lat 90. kluby z Grecji i Turcji przyjeżdżały do Polski po naukę. Dziś te kluby to potęgi. Wyszły z marazmu dzięki programom naprawczym. Każda liga kiedyś przechodzi kryzys, ale kryzysy są po to, aby je pokonywać.



GÓRNIK ŁĘCZNA

Powstał w 1979 r. i obok Motoru Lublin jest najbardziej utytułowanym klubem z Lubelszczyzny. Przed jedenastu laty Górnik wywalczył awans do ekstraklasy, pokonując w dwumeczu barażowym Zagłębie Lubin. W pierwszym sezonie piłkarze z Łęcznej byli rewelacją, przez kilka tygodni byli liderem tabeli, a stadion pękał w szwach. Chcąc wybrać się na mecz, trzeba było kupować bilet u koników. W ekstraklasie łęcznianie występowali przez cztery sezony. Klub został zdegradowany za udział w aferze korupcyjnej, udowodniono mu ustawienie co najmniej 20 meczów.



Dziś Górnik walczy o awans do ekstraklasy. Przed rundą wiosenną ma trzy punkty przewagi nad najgroźniejszymi konkurentami: GKS-em Bełchatów i GKS-em Katowice. Gwiazdą drużyny jest Grzegorz Bonin, który strzelał bramki m.in. dla Górnika Zabrze i Polonii Warszawa.





90 proc. budżetu klubu to pieniądze od strategicznego sponsora - kopalni Bogdanka, która w tym roku przekaże Górnikowi ponad 5 mln zł. W przypadku awansu do ekstraklasy klub porównywalne pieniądze otrzymywałby od stacji Canal Plus. Dla porównania: Orange Sport, który pokazuje mecze pierwszej ligi, przekazuje Górnikowi 100 tys. zł.



Nieoficjalnie mówi się, że w przypadku awansu do ekstraklasy piłkarze z Łęcznej najważniejsze mecze w sezonie graliby na nowym stadionie w Lublinie przy ul. Krochmalnej.