"Jak mogli grać skoro piłkarze obstawiali bukmacherkę"

- Piłkarze podczas joggingu specjalnie wybierają drogę, skąd dobrze widać stadion. Nie ukrywam, że ta inwestycja była ważnym elementem przetargowym w przypadku transferów kilku piłkarzy - opowiada Robert Kasperczyk, trener piłkarzy Motoru Lublin.
Za tydzień piłkarze Motoru rozpoczynają grę w drugiej lidze. Jak dotąd zajmują piąte miejsce od końca. W której lidze będą grać na nowym stadionie?

Jacek Brzuszkiewicz, Bartosz Surman: - Podoba się panu Lublin?

Robert Kasperczyk: Wspaniałe Stare Miasto oddające klimatem to w Krakowie, skąd pochodzę i gdzie na stałe mieszkam. Te brukowane uliczki, misternie odrestaurowane kamienice, trzy bramy, po przekroczeniu których wkraczamy w inny świat. Aż chce się żyć. Uwielbiam tam bywać. Zamieszkałem całkiem niedaleko, w kamienicy przy al. Racławickich w cichym, spokojnym mieszkaniu. Niestety żona jest nauczycielką w Krakowie i w Lublinie jestem sam.

Czyli wszystko jest OK.

- No nie do końca. Pochodzę z Galicji, swój największy sukces odniosłem w Bielsku-Białej, gdzie wprowadziłem tamtejsze Podbeskidzie do ekstraklasy. Tam się pracuje inaczej. Fakt, kiedy ci idzie, wszystko jest w porządku, każdy ci chce pomagać, masz kumpli, przyjaciół. Jeśli przegrywasz, ludzie się od ciebie odwracają. Na Lubelszczyźnie podobnie, ale jest jeszcze coś więcej - wciąż musimy pokonywać jakieś przeszkody, problemy. Często irracjonalne. Nie chcę się w to wgłębiać, bo jeszcze sobie wrogów narobię. Podejrzewam, że ta różnica ma podłoże kulturowe i tkwi chyba w podziale Polski między Galicją a zaborem rosyjskim.



To znaczy?

- Dam przykład pierwszy z brzegu. Motor interesuje się utalentowanym bocznym obrońcą z jednego z klubów Lubelszczyzny. Zaprosiliśmy go na testy, chłopak się ucieszył, że może grać w drugiej lidze. Niestety, nic z tego nie wyszło, bo jego klub, kiedy dowiedział się o zainteresowaniu Motorem, zakazał mu przyjazdu na testy. Rzecz w Małopolsce, na Podbeskidziu zupełnie niezrozumiała. Dla tamtejszych działaczy największym wyróżnieniem jest przejście piłkarza do Wisły Kraków, Cracovii czy Podbeskidzia. Waszych niektórych działaczy, przyznam szczerze, nie rozumiem.

Kiedy dostał pan ofertę pracy w Motorze długo ją pan rozważał?

- Jako piłkarz Hutnika Kraków często przyjeżdżałem do Lublina na mecze. Szczerze mówiąc, wspomnienia miałem niespecjalne. Ten okropny stadion z trybunami na ziemnym wale przy al. Zygmuntowskich, niedodający mu urody tor żużlowy. Choć wszędzie w Polsce rosły nowe stadiony, u was nic się nie zmieniało. Jednak na pracę w Lublinie zdecydowałem się natychmiast. Pierwsza oferta z Motoru przyszła jesienią zeszłego roku, jednak na rozwiązanie kontraktu nie zgodził się mój poprzedni klub Stal Rzeszów.

Lublin

Skoro tak się nie podobało, dlaczego się pan tu pchał?

- W Polsce powoli kończy się moda na mocne drużyny piłkarskie z prowincji, w stylu ekstraklasa w Grodzisku Wielkopolskim czy Wronkach. Motor jest zdecydowanie klubem perspektywicznym, z dużego miasta, z budującym się supernowoczesnym stadionem. Paradoksalnie dużym plusem jest też to, że jego właścicielem jest miasto, co wiąże się ze stabilizacją. Podobnie zresztą jest w Bielsku-Białej. Nie chce przywoływać wspomnień biznesmenów, którzy gdzieś w Polsce zaczęli budować drużynę, a potem niespodziewanie się z niej wycofywali, pozostawiając zgliszcza.

Był pan na budującym się stadionie?

- Nie, ale widziałem go z zewnątrz. Wygląda imponująco. Paradoksalnie Lublin zyska, że buduje go dość późno, bo tak podczas prac projektowych, jak i samej budowy ustrzegł się błędów innych. Jeszcze jedno. Trzeba pamiętać, że nowy stadion w przypadku budowy drużyny piłkarskiej ma kolosalne znaczenie. Wyobraźcie sobie, że podczas przygotowań do rundy mieliśmy treningi biegowe. Długość trasy była określona, ale jej przebieg mogli wybrać sami zawodnicy. I prawie wszyscy tak ją sobie zaplanowali, by móc przebiec obok nowo powstającego stadionu. Nie ukrywam, że ta inwestycja była ważnym elementem przetargowym w przypadku transferów do Lublina kilku piłkarzy. Wkrótce na budowę wybierzemy się wraz z całą drużyna, by ich dodatkowo zmotywować.

Wróćmy do sportu. Przyszedł pan do Motoru, by awansować do pierwszej ligi i przyciągnąć tłumy na nowy stadion. Tymczasem drużyna tuła się w ogonie tabeli i bliżej jej do spadku niż awansu. Co się stało?

- Przychodząc do Motoru na początku września, byłem przekonany, że drużyna zacznie grać lepiej praktycznie z marszu. Niestety, większość piłkarzy była nieprzygotowana. Część z nich zamiast trenować, jeździła po kraju i w castingach szukała klubów. Kilku piłkarzy było totalnym nieporozumieniem. Nie chcę operować nazwiskami, ale w przypadku niektórych mam poważne podejrzenia np. o obstawianie wyników meczów w zakładach bukmacherskich. Także tych przegranych z udziałem Motoru. Taki klimat w drużynie musiał odbić się na grze.

Jeśli chodzi o mnie, pełną odpowiedzialność na wynik biorę od rundy wiosennej. Z powodu dużych strat awans do pierwszej ligi (zaplecze ekstraklasy - red.) będzie bardzo trudny. Jednak gwarantuje, że za półtora roku Lublin będzie miał pierwszą ligę.



A jak się nie uda?

- Uda się. Motor, jak na drugą ligę, to dobrze zarządzany klub. Nie tak dawno testowaliśmy dwóch piłkarzy z Niemiec. Akurat mieliśmy zajęcia w hali Globus. Kiedy zobaczyli, w jakich warunkach trenują polscy drugoligowcy, aż pootwierali buzie z wrażenia. Tak na marginesie testowani w Lublinie młodzi Niemcy o korzeniach albańskich i bośniackich byli za słabi i odesłaliśmy ich do domu.

I jeszcze jedno. Ostatnio graliśmy sparing w Tarnobrzegu z Siarką. Na mecz przyszedł pochodzący z tego miasta Jacek Zieliński (m.in. jako trener wprowadził do ekstraklasy Górnika Łęczna, a potem z Lechem Poznań zremisował w Turynie z Juventusem - red.). Powiedział bardzo ważną rzecz. Każdy trener w zespole powinien mieć swojego człowieka, który będzie takim pasem transmisyjnym między nim a drużyną. Motor w końcu takiego ma.



Wprowadził pan do ekstraklasy Podbeskidzie Bielsko-Biała. Utrzymał pan tam zespół, a potem stracił posadę. Dlaczego dziś nie trenuje pan klubu w ekstraklasie, tylko w drugiej lidze?

- Będąc trenerem, trzeba bywać w środowisku, znać ludzi, którzy cię zaproponują, zareklamują, podszepną komu trzeba. Ja po odejściu z Podbeskidzia wypadłem z piłkarskiego obiegu. Miałem propozycje z kilku klubów pierwszej ligi, jednak kończyło się na rozmowach, a ostatecznie zatrudniano kogoś innego. Na pewno nie pomógł mi też fakt, że nie mam i nigdy nie miałem menedżera. Takie czasy. Dziś powinien go mieć nie tylko piłkarz, ale i trener.

Jaki był pomysł na sukces w Podbeskidziu?

- Do klubu nie ściągałem gwiazd, tylko piłkarzy, którzy mówiąc kolokwialnie, mieli coś komuś do udowodnienia. W jednym klubie się nie sprawdzili i wylądowali w rezerwach, gdzie indziej np. przez kontuzje nie przedłużono z nimi kontraktu. Mieliśmy także bardzo dobre rozeznanie, jeśli chodzi o dobrze rokujących piłkarzy z niższych lig. Kilku ze ściągniętych wtedy piłkarzy do Podbeskidzia do dziś gra w ekstraklasie.

Ważną rolę w tamtym zespole odgrywali także obcokrajowcy, czyli Słowacy i Czesi. Ta pierwsza nacja to bardzo ciekawa historia. W swoim kraju, kraju hokeja niedoceniani, kiepsko opłacani, w polskiej lidze zagryzali zęby i walczyli. Z bardzo dobrym skutkiem.

Dlaczego odszedł pan z Podbeskidzia?

- Nie chcę do tego wracać. Po wiem krótko: zmęczenie materiału.



ROBERT KASPERCZYK

Rocznik 1967. Karierę piłkarską rozpoczął w Hutniku Kraków. W 1985 r. zdobył z tym klubem mistrzostwo Polski juniorów. W piłkarskiej ekstraklasie będąc napastnikiem, rozegrał 29 meczów, strzelając 9 bramek. W 1992 r. w wieku 25 lat musiał zakończyć karierę. Od tamtego czasu jest trenerem. Zaczynał od szkolenia drużyn amatorskich. Wreszcie w 2009 roku został trenerem pierwszoligowego wówczas KSZO Ostrowiec Świętokrzyski i co ciekawe, w swoim debiucie ograł... Górnika Łęczna. Jak dotąd największe sukcesy święcił z Podbeskidziem Bielsko-Biała, z którym w 2011 r. awansował do ekstraklasy. Po trzech latach pracy i serii 15 meczów bez wygranej został zwolniony.