Bije się o niego Borussia Dortmund z Szachtarem Donieck

Dopiero w czerwcu skończy 16 lat, a już biją się o niego najlepsze kluby w Europie. Ojciec, z zawodu chirurg, poświęcił swoją karierę i został jego menedżerem
Rozmowa z Edwardem Otczenaszenką, ojcem jednego z najbardziej utalentowanych bramkarzy w Europie, o którego walczy Borussia Dortmund, Szachtar Donieck, Legia i Lech.



Jacek Brzuszkiewicz, Bartosz Surman: Jak się wychowuje bramkarza, o którego biją się najpotężniejsze kluby?

Edward Otczenaszenko: - To bardzo skomplikowane.

Zacznijmy od początku.

- Talent u dzieciaka jako pierwszy odkrywa rodzic. Musi czuć sport. Najlepiej, kiedy w przeszłości go uprawiał. Talent u Leona dostrzegłem chyba już w wieku trzech lat. Podczas zwykłej zabawy, podając mu w pokoju piłkę, dostrzegłem, że maluch ma niezły refleks, potem spostrzegłem niezły chwyt, dobrą koordynację ruchową. Wiedziałem, że będzie wysoki i szczupły, bo ja urosłem do 190 centymetrów. Profesja bramkarska wręcz sama się nasuwała.



Grał pan w piłkę nożną?

- W siatkówkę, na poziomie ukraińskiej pierwszej ligi. Jednak karierę szybko zakończyłem. Z dwóch powodów. Pochodzę z Łucka na Wołyniu. Niestety, poziom tamtejszej siatkówki jest bardzo niski. Poza tym pod koniec lat 80., kiedy wkraczałem w wiek seniora, wiedziałem, że nie pogodzę kariery sportowej z rozpoczętymi studiami na medycynie.

Jak trafił pan do Polski?

- Moja mama jest Polką. Uczyła w szkole angielskiego i jeszcze w latach 90. wyjechała za pracą do Polski. Uczyła we Włodawie. Będąc u mamy w odwiedzinach, poznałem swoją przyszłą żonę, młodą dziewczynę z Ukrainy, która w tej samej szkole także uczyła angielskiego. Dziś mieszkamy w Lublinie [na Sławinku - red.] na stałe. Żona pracuje w zespole szkół na Czechowie, a ja dojeżdżam do pracy w szpitalu w Opolu Lubelskim, gdzie dyżuruję na chirurgii. Etatu nie mam, dorabiam w karetce pogotowia. Kokosów się nie dorobiliśmy. Koledzy lekarze jeżdżą nowymi autami, ja starym dziesięcioletnim. Inwestujemy w talent Leona.



To znaczy?

- Treningi, zajęcia, ćwiczenia, różnego rodzaju obozy przygotowujące do sezonu. Leon dopiero w czerwcu skończy 16 lat, na wszystkie zajęcia trzeba go zawieźć, poczekać, aż się skończą, i odwieźć do domu, szkoły. Tak jest po prostu szybciej. Ale to dość skomplikowane przedsięwzięcie logistyczne. No i wymaga nakładów finansowych.

Parę przykładów? Syn był bramkarzem w Piłkarskich Nadziejach Motoru Lublin, ale tam musiałby grać wśród rówieśników. Szansą na rozwój kariery była przeprowadzka do Wisły Puławy, gdzie broni w starszej grupie wiekowej.

Asystent trzech wojewodów, dyrektor Zachęty. Dziś?



Żeby szedł w górę, zapisałem Leona do prywatnej szkółki bramkarskiej. To nie wszystko. Syn uczy się w społecznym gimnazjum, gdzie z powodu ogromnego natłoku zajęć ma indywidualny tok nauczania. Czesne to ponad 600 złotych miesięcznie. Na szczęście Leon świetnie się uczy, ma średnią 5,0 i ma stypendium naukowe (śmiech).

Kiedy się pan zorientował, że syn ma szansę zrobić karierę?

- Za każdym razem powtarzam, że aby zostać klasowym bramkarzem, trzeba połączyć cztery rzeczy. Mieć talent, dobre warunki fizyczne, ciężko, ale to bardzo ciężko pracować, no i mieć szczęście. Pierwsze dwa czynniki Leon posiada, trzeci - mówiąc brzydko - realizuje. Jeśli chodzi o szczęście? Pomagam mu, żeby je miał.



...

Powiem tak, bez szczęścia w sporcie trudno o sukces. Chcąc zrobić karierę, trzeba znaleźć się we właściwym miejscu i właściwym czasie. Wojtek Szczęsny [pierwszy bramkarz Arsenalu, reprezentant Polski - red.], lecąc po raz pierwszy do Londynu, miał 16 lat. Został dostrzeżony dzięki olbrzymiemu talentowi, ale także dzięki nazwisku [ojciec Wojtka Maciej przez ponad dekadę był jednym z najlepszych bramkarzy w kraju - red.]. Leon takiego nazwiska nie ma. Dlatego to ja muszę umiejętnie kierować jego karierą.

W jaki sposób pan kieruje?

- Jestem menedżerem Leona. W tej chwili synem interesują się dwa czołowe kluby Europy: Borussia Dortmund i Szachtar Donieck oraz dwa najlepsze zespoły w Polsce, czyli Legia Warszawa i Lech Poznań. Byliśmy na testach w każdym z nich i już wiemy, że Leon najprawdopodobniej z kraju wyjedzie.



Dlaczego?

- Lech Poznań chciał Leona, ale syn w Poznaniu musiałby rywalizować z czterema, pięcioma bramkarzami w swojej grupie wiekowej. A to mogłoby oznaczać ławkę rezerwowych, spalanie się, a nie grę i rozwój kariery. Dlatego na razie Leon zostaje w Puławach, by się rozwijać i grać w piłkę.

Tymczasem po ewentualnym wyjeździe do Niemiec syn grałby w piłkę. Jeśli nie w Borussii, to na zasadach wypożyczenia w innym klubie, i wciąż podnosiłby swoje umiejętności.

Jak było z tym wyjazdem do Dortmundu?



- Jesienią skontaktował się ze mną przedstawiciel klubu i zaprosił do Niemiec na tygodniowe treningi. Pełen profesjonalizm. Mailem otrzymaliśmy bilety lotnicze. Na lotnisku czekał na nas przedstawiciel klubu, który zawiózł do eleganckiego hotelu w centrum, gdzie kibice mają spotkania z piłkarzami. Leon, trenując z rówieśnikami z innych państw, był bacznie obserwowany przez kilku trenerów. Treningi były nagrywane. Na koniec otrzymaliśmy bilety na mecz z Bayerem Leverkusen [spotkanie na szczycie Bundesligi - red.] i zaproszenie na kolejną wizytę, prawdopodobnie w czerwcu. Potem dowiedziałem się, że Leon był od dłuższego czasu obserwowany przez kilku skautów Borussii. Proszę sobie wyobrazić, że przyjeżdżali do Puław na sześć meczów i nikt w klubie w ogóle nie wiedział, że na nich byli.

Czym różni się Borussia od czołowych polskich klubów?

- Wieloma rzeczami. Skupię się na fantastycznym ośrodku treningowym pod Dortmundem z równymi jak stół boiskami, szatniami, salami odnowy biologicznej itp., itd. Podobnie jest w Szachtarze, gdzie w zeszłym roku także dostaliśmy zaproszenie na treningi. Świetny ośrodek treningowy. Pełny profesjonalizm.

Z jedną różnicą. Trenując w Niemczech, Leon bez przeszkód, tak jak każdy inny młody piłkarz, mógł pójść na trening pierwszego zespołu Borussii, w drodze do szatni przybić piątkę z Robertem Lewandowskim, Kubą Błaszczykowskim czy Łukaszem Piszczkiem. Nie muszę mówić, jakie to ma znaczenie dla każdego dzieciaka.

W Szachtarze wszystko wygląda inaczej. Miejsce, gdzie trenuje pierwszy zespół, jest ściśle oddzielone od bazy treningowej innych drużyn. Żadna postronna osoba treningu gwiazd Szachtara nie zobaczy. Cóż...

W czym tkwi zapaść polskiej piłki nożnej?



- Nie chcę się wymądrzać, bo przecież każdy Polak podobno zna się na piłce nożnej. Chciałbym skupić się na systemie wyławiania talentów. W Polsce robi się to bardzo powierzchownie, nie ma systemu ich wyławiania. Skauci dużych klubów mają świetne rozpoznanie. Wiedzą, gdzie, kto, w jakiej grupie wiekowej, w jakim klubie się wyróżnia, robi postępy. Wielkie europejskie kluby mają ogromną liczbę skautów, którzy wciąż jeżdżą, oglądają, notują, nagrywają.

U nas tak nie jest. Z tego powodu część talentów w ogóle nie jest odkryta i nie ma czego szlifować. Lepiej jest z systemem wyławiania talentów bramkarskich, ale to chyba tylko wyjątek potwierdzający regułę.

Ale to nie wszystko. Będąc w Doniecku, dowiedziałem się o bardzo ciekawej sprawie. Tuż przed meczem Ukrainy z Francją podczas Euro 2012 nad stadionem Szachtara przeszła potężna ulewa. Murawę pokryły kałuże, ale po kilkudziesięciu minutach woda znikła. Na Stadionie Narodowym z powodu opadów deszczu trzeba było przekładać mecz Polaków z Anglikami. A wszystko dlatego, że w Doniecku mają specjalną trawę, gdzie co dziewiąte źdźbło wykonane jest ze specjalnej substancji, dzięki której woda szybciej znika. Fakt, ukraińska nawierzchnia jest sporo droższa.

Supermecz na Globusie. Bilety idą jak ciepłe bułeczki



Ukraińska reprezentacja piłkarska w rankingu światowym znajduje się na 18. miejscu, a Polska aż na 77. Przecież różnica nie wynika tylko z pieniędzy, skoro biedna jak mysz kościelna Czarnogóra w tej klasyfikacji jest na miejscu 52.?



- Pieniądze w futbolu są bardzo ważne. Wciąż będę dawał przykład skautów. Bogate kluby zatrudnią ich więcej niż biedne. Ale to nie wszystko. Na Ukrainie niemal wszyscy reprezentanci kraju grają w klubach ukraińskich, dzięki temu liga jest mocniejsza, a młodzi piłkarze mogą uczyć się od gwiazd. Jednak to tylko jeden z powodów różnicy w rankingu między Polską i Ukrainą. Tam w każdym zespole w ekstraklasie musi grać co najmniej trzech Ukraińców. W Polsce takich przepisów nie ma. To jeden z powodów, dla których młodzi piłkarze nie mają gdzie się rozwijać.

Leon zagra dla Polski?

- Dobre pytanie. Syn pod koniec zeszłego roku był na zgrupowaniu jednej z juniorskich reprezentacji Polski. Miał zagrać w meczu towarzyskim z rówieśnikami z Walii. Byłem przekonany, że w wieku juniora mógł grać w polskiej kadrze, a dopiero później określić, w jakiej reprezentacji będzie występować. Tymczasem przepisy są zupełnie inne i Leon nie miał prawa zagrać w meczu Polski z Walią. Co ciekawe, działacze PZPN dowiedzieli się o tym tuż przed spotkaniem...

To jest Alinomania. Moda na Alinę Wojtas



Dla kogo będzie grał Leon?

- Na pewno jako obywatelowi Unii Europejskiej łatwiej byłoby grać w zachodnim klubie. Poza tym moja mama jest Polką, co oznacza, że Leon bez problemu otrzymałby polski paszport.

Czyli?

- Spokojnie. Wkrótce wszystko się wyjaśni.

Wszystko wyjaśni się w sprawie paszportu. A co ze zmianą klubu?

- W czerwcu Leon kończy 16 lat i tak jak Wojtek Szczęsny będzie mógł podpisać profesjonalny kontakt. Myślę, że wszystko wyjaśni się w pierwszym półroczu.





Leon Otczenaszenko

Rocznik 1998, urodził się w Łucku na Wołyniu. Ma świetne warunki fizyczne: 193 cm wzrostu. Wychowanek Piłkarskich Nadziei Motoru Lublin. Dziś gra ze starszymi o trzy lata kolegami w Centralnej Lidze Juniorów. Jego drużyna na półmetku rozgrywek zajmuje pierwsze miejsce w tabeli. Leon jest fanem Juventusu Turyn. - Kibicuje tej drużynie od szóstego roku życia. Moim idolem jest genialny włoski bramkarz Gianluigi Buffon. Zyskał jeszcze większe uznanie w moich oczach, gdy po karnej degradacji do Serie B (za korupcję we włoskiej piłce - red.) nie opuścił zespołu i broni w nim do dziś. Moim marzeniem jest trafić właśnie do tego klubu. Lubię też angielską piłkę i Manchester United. Nie lubię za to ligi hiszpańskiej. Jest nudna. Trzy dobre drużyny, czyli Real, Atletico i Barcelona, a za nimi długo, długo nic - opowiada.