Sport.pl

Asystent trzech wojewodów, dyrektor Zachęty. Dziś prezes klubu sportowego z PO

Był asystentem kilku wojewodów, dyrektorem w warszawskiej Zachęcie, zakładał sanatorium, pomagał znajomej rozkręcić restaurację. Dziś zarządza klubem sportowym
Rozmowa z prezesem Miejskiego Klubu Sportowego Lublin.



Jacek Brzuszkiewicz, Wiesław Pawłat: Jest połowa grudnia. Polki po niesamowitym meczu pokonują Rumunię i awansują do najlepszej ósemki mistrzostw świata, a gwiazda MKS Lublin Alina Wojtas rzuca najwięcej bramek. Chwilę później dziennikarz "Wyborczej" dzwoni do pana i pyta, czy można wykorzystać zdjęcia piłkarki z waszego profilu na Facebooku. A pan o wyniku meczu nic nie wie. Interesuje się pan sportem?

Michał Jastrzębski: - Fanatykiem nie jestem. Znam się na sporcie, ale w sposób umiarkowany. Gdy dzwonił do mnie dziennikarz, spotkałem się ze znajomymi. Zresztą umawialiśmy się od dłuższego czasu, piekliśmy z dzieciakami świąteczne pierniki. To taka nasza wieloletnia tradycja. Przecież nie można żyć tylko i wyłącznie pracą. Trzeba mieć do niej zdrowy dystans. Są sprawy ważne i najważniejsze.

Skąd się pan wziął?



- Z Radomia. Jeszcze w liceum ogólnokształcącym zacząłem bawić się w dziennikarstwo. Współpracowałem z tamtejszymi rozgłośniami radiowymi. Byłem dziennikarzem zajmującym się polityką. Podczas kampanii wyborczej 1997 r. z racji zawodu spotykałem się z Marianem Krzaklewskim [szef Akcji Wyborczej Solidarność - red.], Jerzym Buzkiem, Julią Piterą. Ktoś mi zaproponował współpracę. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Po wyborach, mając zaledwie 21 lat, zostałem asystentem ówczesnego wojewody radomskiego. Po reformie administracyjnej i likwidacji województwa zaproponowano mi pracę u wojewody mazowieckiego.

Czyli został pan zawodowym politykiem. Jak to się robi?



- Tego się nie robi. Wschodzi się w środowisko, poznaje ludzi. Później wszystko dzieje się już samo.

Co się działo?



- W AWS-ie byłem człowiekiem od gaszenia pożarów. Znajomy został wojewodą lubuskim i zapytał, czy nie przyjąłbym funkcji jego doradcy. Zgodziłem się, ale pokonywanie ogromnych odległości między Radomiem, Warszawą a Gorzowem mnie przerosło.

W ten sposób trafił pan do Lublina?



- Nie, bo na przełomie 2000 i 2001 r. Anna Rottenberg zaproponowała mi funkcję zastępcy dyrektora warszawskiej Zachęty. W tym czasie w naszej galerii doszło do głośnego incydentu. Daniel Olbrychski w proteście przeciwko wystawie zdjęć polskich aktorów przebranych w niemieckie mundury pociął je szablą. Wybuchł skandal. W efekcie Rottenberg zrezygnowała z funkcji, a ja odszedłem razem z nią.

Zaraz, zaraz. Na sporcie się pan nie zna, ale zna się na sztuce?

- W między czasie na KUL skończyłem prawo. W Zachęcie zajmowałem się właśnie tymi kwestiami. Kiedy odszedłem z Zachęty, trafiłem do Lublina. Założyłem firmę consultingową. Zajmowałem się m.in. przekształceniem jednego z ośrodków wypoczynkowych w coś w rodzaju sanatorium. Z powodzeniem. Jednak sama branża była wtedy bardzo trudna. Trzeba pamiętać, że to było dekadę temu, nie było pieniędzy unijnych, innych środków pomocowych. Już po wejściu Polski do UE pozyskiwałem dla KUL fundusze unijne na różnego rodzaju projekty, przede wszystkim szkoleniowe.

Dlaczego pan odszedł z KUL?

- Byłem młody, dobrze zarabiałem, być może w środowisku to się nie spodobało. Ale nie chcę tego wątku rozwijać.

Legitymacje jakich partii nosił pan w kieszeni?

- Tylko Platformy. Zresztą wciąż jestem jej członkiem. Do PO wstąpiłem dopiero w 2008 r., kiedy zostałem doradcą wicewojewody lubelskiej Henryki Strojnowskiej.

Musiał pan wstępować?

- Raczej tak wypadało.

Co robi doradca wicewojewody?

- M.in. kształtuje wizerunek swojego szefa. Jednak to tylko część zadań. Zajmowaliśmy się na przykład kwestią przejść granicznych. W tym czasie przygotowywaliśmy wszelkie dokumenty niezbędne do budowy przejścia granicznego w Dołhobyczowie. To był ogromny projekt wymagający wielkiego zaangażowania wielu ludzi.

Minęły cztery lata i po ostatnich wyborach parlamentarnych w 2011 r. wypadł pan z politycznego obiegu. Co się stało?



- Zmienił się układ sił. Obsadzenie stanowiska wojewody przypadło PO, a wicewojewody - PSL. Z tego powodu Henryka Strojnowska odeszła z urzędu, a ja, co było oczywiste, razem z nią. Zresztą nie przywiązuję się zbytnio do funkcji i foteli. Po za tym zmęczyłem się polityką. Trzeba wiedzieć, że jej uprawianie nie jest zajęciem dla pięknoduchów. W polityce często trzeba mieć podwójną skórę, trzeba być dobrym pływakiem.

To znaczy?

- Proszę, zmieńmy temat.

Jak się odnajduje polityk poza polityką?

- Po odejściu z urzędu wojewódzkiego rozkręcałem znajomej restaurację w Janowcu nad Wisłą, zajmowałem się kilkoma innymi projektami. Społecznie zasiadałem też w radzie nadzorczej klubu, którego dziś jestem prezesem.

Ale przecież nie interesuje się pan sportem.



- Tu nie chodziło o sport. Prezydent Lublina Krzysztof Żuk poprosił mnie, bym przyjrzał się samej organizacji klubu. Był on wtedy zadłużony na kwotę blisko czterech milionów. Sytuacja finansowa była katastrofalna. Wchodząc do klubu, zastałem stos niezapłaconych faktur, dosłownie za wszystko. Za hotele, gdzie nocowała drużyna, za jakieś obiady, za mieszkania wynajmowane dla zawodniczek. To wszystko trzeba było okiełznać. Uznałem, że dam radę. Stanąłem do konkursu i go wygrałem.

To wygląda tak, że nie miał pan roboty, a kumpel z partii ją panu załatwił w finansowanym przez miasto klubie sportowym? To nie wszystko. Kiedy już dostał pan posadę, zatrudnił w klubie Martę Daniewską, córkę radnego miejskiego, oczywiście z Platformy. Brzydko to wszystko pachnie.



- Marta to dobry fachowiec. W klubie wraz ze mną pracują tylko trzy osoby, więc nie stać nas na zatrudnianie ludzi, którzy nic nie robią. A propos mojej osoby? Nigdy nie powiedziałem, że szukałem pracy. Po prostu uznałem, że dam radę i wyciągnę klub na prostą.

Od czego pan zaczął?

- Od zmiany siedziby. Poprzedni właściciele ulokowali ją niemal na peryferiach miasta przy ul. Mełgiewskiej. Kiedy obliczyłem, ile czasu zajmują mi dojazdy, choćby do księgowej, oniemiałem. Potem zacząłem się zastanawiać, co się stanie, jak potencjalny inwestor zacznie szukać naszej siedziby na Mełgiewskiej. Pewnie nie znajdzie i się rozmyśli. Za podobną kwotę wynajęliśmy więc 60-metrowe mieszkanie w jednej z kamienic na Chopina, gdzie jest od maja siedziba klubu (prezes parzy i podaje kawę, bo w MKS-ie nie ma sekretarki). Potem grubą kreską oddzieliłem w klubie kwestię finansową od sportowej.

To znaczy?



- Dam przykład. To było jesienią przed naszymi meczami Ligi Mistrzyń. Promując to wydarzenie, wykupiliśmy na mieście kilkanaście billboardów. Wkrótce do mojego pokoju zapukała jedna z zawodniczek, twierdząc, że z tymi billboardami to chyba przesadziłem, bo z tego powodu w klubie może zabraknąć pieniędzy na pensje. Tak jak to było kilka lat temu, argumentowała. Nie dziwi mnie to zresztą, niejednokrotnie to zespół niósł na sobie ciężar kłopotów klubu, zwłaszcza finansowych.

No właśnie. Jeszcze nie tak dawno zawodniczki skarżyły się, że klub nie płaci im za mieszkania, na czas nie przelewa na konta pensji...

- To już powoli przeszłość. Czasem może się zdarzyć mały poślizg, ale coraz rzadziej. Klub dogadał się z dłużnikami i powoli spłacamy należności.

Ale przede wszystkim budujemy pozytywną markę klubu, jako produktu, który byłby atrakcyjny. Zmieniliśmy nazwę z SPR-u na MKS, czyli dziś jesteśmy Miejskim Klubem Sportowym. Klub ma nowe, bardziej atrakcyjne logo. Uatrakcyjniliśmy oprawę meczów, promujemy zdrowy styl życia, profilaktykę prozdrowotną. To tylko niektóre przedsięwzięcia zmierzające do tworzenia marki MKS.



To działa. W zeszłym roku na nasze mecze w lidze przychodziło średnio po 600 osób. Na ostatnim spotkaniu było już 1 300 kibiców. Gdy nasz produkt będzie jeszcze bardziej atrakcyjny, przyjdzie jeszcze więcej ludzi. Marzę, by kibice zapełnili całą halę, czyli 4 tys. fotelików.

Kibice przyciągną sponsorów. Tak jak w przypadku sieci Selgros [konkurent marketów hurtowych Makro - red.], która została naszym głównym sponsorem, m.in. dlatego, że wkrótce rozpocznie w Lublinie budowę sklepu i dzięki nam chce dotrzeć do klienta.

Przyznam, że mamy dużo szczęścia, bo w budowie marki bardzo pomogła nam reprezentacja i przytoczone przez panów mistrzostwa świata (śmiech). Sądząc po zainteresowaniu klubem potencjalnych sponsorów, śmiem twierdzić, że wykorzystamy koniunkturę. Mamy parę fajnych pomysłów.

Zamieniamy się w słuch?



- O tym za jakiś czas. Przede wszystkim musimy zdobyć mistrzostwo Polski i grać w Lidze Mistrzyń, bo jej mecze pokazuje telewizja, która świetnie promuje nasz produkt. W tej chwili w piłce ręcznej pań już jesteśmy najbardziej rozpoznawalną marką. Jej wartość, według szacunków, to już 14 mln zł. O co chodzi? Nazwa naszego klubu pojawiła się w zeszłym roku w mediach tyle razy, że chcąc zapłacić za to w ogłoszeniach, trzeba byłoby wyłożyć właśnie tyle pieniędzy. To także dobra promocja Lublina, kilka milionów z tych 14 to kwota, którą w pewnym sensie oddajemy miastu.

Piłkarki ręczne z Lublina w ostatnich dwóch dekadach zdobyły 16 tytułów mistrzyń Polski. Tymczasem w 20-osobowej kadrze zespołu znajduje się tylko jedna lublinianka. Dlaczego?

- To proste. Młode dziewczyny trenowały piłkę ręczną w szkołach. Kiedy kończyły wiek juniora, nie miały, gdzie kontynuować gry. Nie miały szans przebić się do zespołu mistrzyń, a innego klubu w mieście nie było. To się zmieniło. Na zapleczu ekstraklasy gra już drużyna AZS UMCS, mamy pierwsze grupy młodzieżowe i dziecięce, myślimy o zorganizowaniu szkolnej ligi miejskiej we współpracy z miastem i sponsorami.

Głównymi sponsorami MKS jest państwowa firma PGE i firma Selgros. Dla sieci Selgros planującej w Lublinie wielką inwestycję ważnym argumentem w utrzymywaniu MKS musiały być zapewne dobre kontakty z ratuszem wydającym różnego rodzaju pozwolenia budowlane. Jednym słowem, klub dobrze funkcjonuje w dużej mierze dzięki właściwemu "klimatowi politycznemu". Nie obawia się pan, że w przypadku ewentualnej zmiany warty wszystko może się rozsypać?



- Owszem, to jest pewne zagrożenie. Ale by nas ono nie dotknęło, klub jak najszybciej musi mieć zdywersyfikowane źródła przychodu, by pieniądze miasta nie były jedynym i głównym ich składnikiem.





16 mistrzostw Polski

Historia Międzyszkolnego Klubu Sportowego (tak wtedy się nazywał) sięga lat 50. Przed 20 laty klubem zainteresował się Tadeusz Strzęciwilk, wtedy jeden z najbogatszych lublinian, właściciel firmy produkującej okna Monteks. Od tego czasu klub rządzi w polskiej lidze. W ostatnich 18 latach zdobył aż 16 tytułów mistrza Polski, raz był drugi, a raz trzeci. MKS Monteks odnosił sukcesy także w Europie. W 2001 r. wywalczył Puchar EHF (Europejska Federacja Piłki Ręcznej). W ostatniej dekadzie klub regularnie popadał w kłopoty finansowe. Z tego powodu kilkukrotnie zmieniał nazwę. Po Monteksie na Pol-Skone, Bystrzycę, SPR Safo Icom, SPR Safo, SPR Asseco BS , SPR. Dziś pełna nazwa brzmi: MKS Selgros. Klub jest spółką akcyjną, w której 99 procent udziałów ma miasto.

Komentarze (1)
Asystent trzech wojewodów, dyrektor Zachęty. Dziś prezes klubu sportowego z PO
Zaloguj się
  • bob2436

    0

    Może jestem za głupi, ale nie wiem o co chodzi w tym artykule. Czy panowie dziennikarze są naiwni, czy za naiwnych uważają czytelników? Wszyscy wiedzą, że miejskie spółki to zwykłe bagno, że siedzą tam dziesiątki ludzi z klucza politycznego. Nikomu to do tej pory nie przeszkadzało, po co więc nagle szukać afery. Co chcieliście panowie osiągnąć - może już czekacie na te pełne nienawiści komentarze pod adresem pana prezesa?

    Czy ten człowiek się nadaje: może i tak.
    Czy powinien pełnić tę funkcję: NIE!!!
    Dlaczego nie? Bo należy do partii (nieważne jakiej), co z miejsca obniża jego wiarygodność do zera.

    Czekamy na prześwietlenie kadr pozostałych spółek ze szczególnym uwzględnieniem MOSiR i MPK.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX