Duży facet wciąż przy piłce. Historia o Wójtowiczu

Nie chciał grać w Legii, więc zameldował się w jednostce przy al. Racławickich. A że nie było munduru w jego rozmiarze, maszerował w dżinsach. Legendarny siatkarz Tomasz Wójtowicz skończył 60 lat
Benefis złotego medalisty olimpijskiego i mistrza świata odbył się w sobotę w lubelskiej hali na Globusie.

Nieco spóźnione urodziny Wójtowicza, jednego z ośmiu najlepszych siatkarzy XX w., uświetnił mecz mistrza Polski Asseco Resovii Rzeszów z Jastrzębskim Węglem. - W końcu obejrzę spotkanie na spokojnie - mówił przed meczem mistrz. Nie ma się co dziwić, zwykle podczas meczów siatkarskich jest człowiekiem bardzo zajętym - komentuje je dla telewizji Polsat. Asseco nie zawiodło. Wygrało 3:1.

Ludzie na lampach

Tomasz Wójtowicz pochodzi ze sportowej rodziny. Ojciec był trenerem siatkówki, mama też grała. - Z mamą Tomka wygrałem mistrzostwa Lublina w siatkarskich mikstach - wspominał po latach znakomity trener koszykówki Zdzisław Niedziela.

Wójtowicz wychował się w sportowej okolicy - przy ul. Królewskiej. Blisko niego mieszkał znany koszykarz Jurek Żytkowski, a nieco dalej siatkarze Ryszard i Mieczysław Rzędziccy.

Pierwsze kroki stawiał w lubelskim MKS, potem były AZS Lublin i Avia Świdnik. Dla tego klubu wywalczył tytuł mistrza świata i mistrza olimpijskiego. - Trenerzy Wójtowicz i Jerzy Welcz stworzyli dobry zespół z ogromnymi możliwościami. W I lidze, czyli ówczesnej najwyższej klasie, sialiśmy prawdziwy popłoch. Zainteresowanie naszymi meczami było olbrzymie. Podczas spotkań ludzie dosłownie wisieli na lampach - wspomina.

Grali tam m.in. Henryk Siennicki, Mieczysław Rzędzicki, Lech Łasko, Kazimierz Patrzała, Andrzej Łuszczuk, Zdzisław Pyc, Wojciech Wójtowicz, Tadeusz Skaliński.

I wtedy zdarzył się tragiczny wypadek samochodowy, w którym zginęli Siennicki i Pyc, a Skaliński został ciężko ranny. Pechowym kierowcą był Lech Łasko.

Zespół praktycznie się rozpadł.

Żołnierz w dżinsach

Wójtowicz - mimo olbrzymich nacisków - nie chciał odchodzić ze Świdnika. A wielką chrapkę miała na niego wojskowa Legia. Tym bardziej że po zdobyciu mistrzostwa olimpijskiego w Montrealu podjął tam pracę trener kadry narodowej Hubert Wagner.

Popularny "Kat" sporządził listę zawodników, których chciałby mieć w swoim zespole, i przedstawił ją generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu. - Znalazłem się na niej i ja - mówi siatkarz. - Minister obrony błyskawicznie znalazł wyjście - polecił wcielić delikwentów do armii. Wprawdzie świdnicka WSK, która pracowała także dla wojska, próbowała mnie reklamować, ale nie zdało się to na nic. Nie chciałem grać w Legii, więc zameldowałem się w lubelskiej jednostce przy al. Racławickich, aby spełnić swój obywatelski obowiązek. Wagner był wściekły.

Z początkiem służby Wójtowicza wiąże się ciekawa historia. - Byłem chyba jedynym żołnierzem w Polsce, który wędrował po jednostce w dżinsach i normalnej koszuli. Dowódcy nie salutowałem, tylko mówiłem grzecznie "dzień dobry". Doprowadzało go to do wściekłości - wspomina. - A wszystko to z powodu braku munduru. Po prostu nie było na mnie rozmiaru. Zbliżała się jednak przysięga i coś musieli ze mną zrobić. W końcu zawieźli mnie do Rembertowa, gdzie uszyli mi mundur na miarę. Zgodnie z regulaminem wojskowy krawiec naszył mi baretki stosownie do moich odznaczeń. Byłem już wtedy mistrzem świata i mistrzem olimpijskim, więc trochę się tego nazbierało. Myślę, że dowódca podczas ceremonii pasowania mnie na żołnierza czuł się nieco dziwnie, bo on miał tylko jeden rząd baretek, a ja aż trzy, co z racji mojego słusznego wzrostu bardzo rzucało się w oczy.

Po roku spędzonym w Lublinie wraz z ojcem i bratem Wojtkiem przeniósł się jednak do Legii.

Talony na zastawy

Jako utalentowany junior szybko dostał powołanie do polskiej kadry narodowej i w wieku 21 lat został mistrzem świata. - Złoto wywalczyliśmy w 1974 r. w Meksyku. Zaraz po mistrzostwach przyszli do nas Amerykanie i zaproponowali grę za 5 tys. dolarów miesięcznie. Kontrakt miał obowiązywać przez trzy miesiące. Tylko drużyna była dość nietypowa, bo miała się składać z czterech mężczyzn i dwóch pań. Pokusa była duża, bo my za mistrzostwo świata dostaliśmy... po 50 dolarów. Z oferty skorzystał tylko Stanisław Gościniak, za co zresztą został zawieszony. Tak to wtedy było - wspomina.

Dwa lata później pojechali na igrzyska do Montrealu - jako faworyci. - Atmosfera była świetna, ale występowaliśmy pod olbrzymią presją, bo tuż przed odlotem trener Wagner publicznie oświadczył, że jedziemy po złoto. A nam szło jak po grudzie. Tylko Kanadę ograliśmy gładko, z Czechosłowacją było 3:1, a z resztą niemiłosiernie się męczyliśmy. Finał z ZSRR był prawdziwym horrorem. Przegrywaliśmy 1:2 i w czwartym secie było 17:17. Na szczęście nie wytrzymał Władimir Czernyszow i wygraliśmy tego seta, a w decydującym ograliśmy Sowietów do 7.

Właśnie takie mecze sprawiły, że po latach Wójtowicz trafił do grona ośmiu najlepszych siatkarzy XX w., a jego popiersie z brązu stoi w Volleyball Hall of Fame, czyli Panteonie Sław Siatkówki.

Po powrocie z Montrealu zawodnicy w nagrodę dostali po tysiąc dolarów i talony na samochody marki Zastawa, które oczywiście musieli kupić za własne pieniądze.

Na kolejnych igrzyskach w Moskwie Polska nie zdobyła medalu. Zajęła czwarte miejsce, ale wystąpiła tam w zmienionym składzie, a Wójtowicz grał z aż dwiema kontuzjami.

A do Los Angeles ze względów politycznych Polacy nie pojechali. - Do tej pory nie mogę się z tym pogodzić - mówi mistrz. - Decyzję ogłoszono podczas turnieju w Brazylii. Trener Wagner z kamiennym wyrazem twarzy oznajmił, że zamiast na igrzyska pojedziemy na Kubę. Dodał także, że kto nie ma zamiaru grać na tej imprezie, to wcale nie musi, i tych, którzy nie chcą, prosi o podniesienie ręki. Byłem okrutnie zły. Cztery lata ciężkiej orki i wszystko na nic. Zgłosiłem, że nie jadę. Byłem jedynym. Od razu odesłano mnie na trybuny i nie dokończyłem już turnieju.

Tak wyglądało jego pożegnanie z reprezentacją Polski.

Włoski lider

Stołeczny klub był ostatnim polskim zespołem - nie licząc amatorskiego Fryderyka Lublin - w którym występował. Wywalczył z nim dwa tytuły mistrza Polski.

Potem trafił do najmocniejszej ligi świata, czyli do Włoch. W tym czasie grali już tam inni członkowie złotej drużyny z lat 1974 i 1976: Ryszard Bosek, Wiesław Gawłowski, Zbigniew Zarzycki. Przed nimi zdobywali Italię nie mniej znani: Zdzisław Ambroziak, Aleksander Skiba, Edward Skorek.

- Świetnie się tam czułem - mówi Wójtowicz. - Rywalizowałem z najlepszymi siatkarzami świata przy ogłuszającym dopingu kibiców, a hale były wypełnione po brzegi.

Pierwszym jego klubem była Modena, potem występował w barwach Santalu Parma. Z tą drużyną wywalczył wszystko, co można w klubowej siatkówce osiągnąć - w 1985 r. zdobyli Puchar Europy i Superpuchar. Potem grał jeszcze w Ferrarze i Citta di Castello.

We Włoszech spędził osiem lat. We wszystkich zespołach, w których grał, był liderem.

Siatkarz z mikrofonem

Po zakończeniu kariery sportowej Wójtowicz rzucił się w wir interesów i na pewien czas odsunął od siatkarskiego parkietu.

Biznes robił głównie z Włochami. Potem zajął się prowadzeniem lubelskiej Piwnicy pod Fortuną. Niestety, ten interes nie do końca wypalił i restauracja została zamknięta.

Kandydował do europarlamentu. I zagrał w filmie Andrzeja Jakimowskiego "Zmruż oczy". - Reżyser potrzebował po prostu dużego faceta i padło na mnie - śmieje się.

Od lat jest komentatorem Polsatu. - To zajęcie sprawia mi olbrzymią frajdę - przyznaje. - Szkoda tylko, że nasi siatkarze na niedawno zakończonych mistrzostwach Europy nie sprawili mi urodzinowego prezentu i szybko odpadli z turnieju. Mam jednak nadzieję, że w przyszłorocznych mistrzostwach świata, które po raz pierwszy odbędą się w naszym kraju, pokażą, na co ich naprawdę stać. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby powtórzyli nasze osiągnięcie z Meksyku.

*Tomasz Wójtowicz ur. 22 września 1953 roku w Lublinie. Wychowanek MKS Lublin. Występował także w AZS Lublin, Avii Świdnik, Legii Warszawa, Modenie, Santalu Parma, Ferrarze, Citta di Castello, Fryderyku Lublin. Mistrz świata z Meksyku (1974), mistrz olimpijski z Montrealu (1976), czterokrotny wicemistrz Europy (1975, 1977, 1979, 1983), srebrny medalista ME juniorów (1971). Z Santalem zdobył Puchar Europy i Superpuchar. W plebiscycie zorganizowanym przez Międzynarodową Federację Piłki Siatkowej znalazł się wśród ośmiu najlepszych graczy świata minionego stulecia. Komentator siatkówki w TV Polsat.