"Kowal" swojego losu - wrócił po raz czwarty

Krótka piłka. Felieton Wiesława Pawłata
Po zakończeniu sezonu ekstraklasy piłkarzy ręcznych jak grom z jasnego nieba gruchnęła wieść o rezygnacji z funkcji trenera Azotów Marcina Kurowskiego. Z jednej strony można zrozumieć, że szkoleniowiec czuł się nieco sfrustrowany, bo z własnego doświadczenia wiem, że nic nie boli bardziej niż zajęcie czwartego miejsca, kiedy medal jest w zasięgu ręki i oczyma wyobraźni już się stoi na podium. Niestety, puławianom nie udało się na nie wdrapać, choć byli bardzo blisko. Swoje też pewnie zrobił nieudany występ w Challenge Cup, gdzie Azoty zostały wyeliminowane przez amatorów z belgijskiej Initii Hasselt. Z drugiej zaś trzeba wziąć pod uwagę, że to trener młody, dopiero na dorobku i przecież wywalczył ze swoim zespołem brąz w Pucharze Polski. Myślę więc, że w tym fachu Kurowski jeszcze ma przyszłość, a na razie wrócił do terminowania przy swoim następcy, od którego niegdyś uczył się trenerskiego rzemiosła i właśnie od niego drużynę przejął. Tym mistrzem jest Bogdan Kowalczyk, szkoleniowiec wielce utytułowany, nieco kontrowersyjny, ale doskonale znający puławski klimat, wszak los rzucił go nad Wisłę już po raz... czwarty, co jest swego rodzaju rekordem w naszej lidze. Zresztą za każdym razem miał inne zadania do spełnienia, a to awans do ekstraklasy, a to uratowanie zespołu przed spadkiem. Był też bliski zdobycia medalu, ale skończyło się również na czwartej pozycji. Rozstania z klubem także były burzliwe, ale na poziomie, i zawsze drzwi do puławskiego klubu pozostawały dla "Kowala" uchylone, a on, jak wracał, to rzucał się w wir pracy ze zdwojoną energią. Teraz z pewnością będzie chciał z młodym zespołem wreszcie dopiąć swego i zdobyć medal, choć prezes klubu Jerzy Witaszek na razie twierdzi, że interesuje go finał Challenge Cup. Moim skromnym zdaniem jedno nie wyklucza drugiego.

Więcej o: