Duński żużlowiec: "To możliwe, że Polska jest w UE?"

Zawodnik Orła Łódź Kenni Larsen, który w meczu z Lubelskim Węglem KMŻ upadł na lubelski tor i złamał rękę, w niewybrednych słowach wyraził swoją opinię o polskiej służbie zdrowia. Dyrekcja szpitala broni jednak swoich lekarzy, dowodząc, że zrobili nawet więcej, niż było potrzeba.
Larsen, jeden z liderów Orła, w wyścigu 13. meczu LW KMŻ - Orzeł jechał na drugim miejscu za Karolem Baranem. Na jednym z łuków Duńczyk nie opanował motocykla i wpadł w tylne koło zawodnika lubelskiej ekipy. W efekcie zderzenia Larsen przeleciał przez kierownicę i upadł na tor. Zawodnik gości został przewieziony do szpitala z podejrzeniem złamania ręki i meczu nie kontynuował.

Ostatnio na swoim Facebooku Larsen w ostrych słowach skrytykował służbę zdrowia w naszym kraju "To niemożliwe, że Polska jest częścią Unii Europejskiej i nikt w szpitalu nie był mi w stanie powiedzieć, co się dokładnie stało. Byłem właśnie w duńskim szpitalu i poinformowano mnie, że w ciągu trzech dni muszę wykonać operację, bo ręka nie została nawet nastawiona!" - napisał Duńczyk.

Co ciekawe, już po samym spotkaniu działacze łódzkiego Orła mieli spore pretensje do organizatorów zawodów, bo nikt nie był im w stanie dokładnie powiedzieć, do której placówki pojechała karetka z Larsenem. - Najpierw poinformowano nas, że Kenniego zawieziono do szpitala na ul. Grenadierów i tam wysłaliśmy naszego człowieka, który miał się nim zająć, jednak zawodnik został przewieziony do innego szpitala, o czym nas nie poinformowano - mówi dyrektor Orła Agnieszka Szafran. - W końcu trafił do szpitala przy al. Kraśnickich, ale tam miał duże problemy z porozumieniem się z personelem. Skarżył się, że nikt nie był w stanie mu dokładnie wytłumaczyć, o co chodzi, były problemy z komunikacją po angielsku. Kenni jest chyba przyzwyczajony do trochę innych niż polskie standardów i stąd to mogło wynikać - zauważa Szafran.

Nic do zarzucenia nie ma sobie za to personel Specjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego przy al. Kraśnickich, gdzie trafił Larsen. - Pacjentowi wykonano wszystkie niezbędne badania, a nawet moim zdaniem więcej, niż było potrzeba - twierdzi rzecznik szpitala Andrzej Ciołko. - Wykonano nie tylko zdjęcie RTG, ale też tomografię głowy, RTG klatki piersiowej i USG jamy brzusznej. Nie mam zatem nic do zarzucenia moim lekarzom. A że Duńczyk nie umiał się z nimi porozumieć? No cóż, nie mogę wymagać do lekarzy mówienia po duńsku czy doskonale po angielsku. Może on, startując u nas, powinien umieć mówić po polsku?

Larsen miał też pretensje o sposób leczenia i brak informacji o konieczności przeprowadzenia operacji złamanej ręki. Ta jednak nie była niezbędna. - Usztywniono mu złamaną rękę zgodnie z procedurami - mówi Ciołko. - Operacja nie była konieczna, ale widać w Danii uznano inaczej. Po prostu można takie złamania leczyć na dwa sposoby. Operacyjnie lub nie. My uznaliśmy, że metoda nieinwazyjna będzie lepsza, chociaż takie leczenie trwa dłużej. Sportowcy chcą zawsze jak najszybciej wrócić do gry i pewnie stąd decyzja o operacji w Danii.

W czwartek Duńczyk miał w Odense przejść operację złamanej ręki. Czeka go kilka tygodni przerwy w startach.