Był generałem na boisku. Teraz rządzi z ławki rezerwowych

Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta Polski. W Barcelonie Piotr Świerczewski wywalczył wicemistrzostwo olimpijskie. Po zakończeniu kariery piłkarskiej został trenerem i zamierza przywrócić lubelskiemu Motorowi dawny blask.
Urodził się w 1972 roku w Nowym Sączu. To data symboliczna - właśnie wtedy olimpijska reprezentacja Polski pod wodzą legendarnego Kazimierza Górskiego zdobyła złoto na igrzyskach w Monachium. "Brązowego" Mundialu w RFN jeszcze pamiętać nie mógł, ale montrealskie srebro z olimpiady i kolejny brąz MŚ z Hiszpanii jak najbardziej. Jego dzieciństwo przypadło na najlepszy okres w historii polskiego futbolu. - Byliśmy wychowani na legendzie Bońka, Ćmikiewicza, Żmudy, czy Janasa - wspomina. - Oni osiągali największe sukcesy w polskiej piłce. My jako dzieciaki oglądaliśmy ich spotkania i bardzo je przeżywaliśmy. Pamiętam, że w 1982 roku był słynny mecz Polska - Belgia, spóźniłem się na początek, a pierwsza bramka padła niedługo po rozpoczęciu, to gdy biegłem do domu, nagle usłyszałem, jak całe osiedle krzyczało z radości po strzelonym golu.

Każdy chłopak chciał wtedy zawodowo kopać piłkę. Świerczewskiemu i jego bratu się udało. Starszy od "Świrka" o pięć lat Marek był dobrym obrońcą - grał w Wiśle Kraków, GKS Katowice, a także w klubach austriackich. Sześć razy wystąpił też w reprezentacji Polski. Jednak to Piotr był postacią, która zapadła w pamięć każdego kibica polskiego futbolu. Jako junior występował w Sandecji i Dunajcu Nowy Sącz. Później został dostrzeżony przez katowicką "Gieksę", gdzie szybko stał się jedną z czołowych postaci drużyny i zdobył z nią Puchar (dwukrotnie) i Superpuchar Polski. W 1992 roku zagrał na igrzyskach w Barcelonie i wraz z zespołem prowadzonym przez trenera Janusza Wójcika wywalczył olimpijskie srebro.

- Dwadzieścia lat po sukcesie w Monachium to my sprawiliśmy, że znów w polskich domach można było usłyszeć okrzyki radości - wraca pamięcią do igrzysk. - Rodzice opowiadali mi o tym, że bardzo dużo ludzi oglądało nasze zmagania w Barcelonie. Od dzisiejszej reprezentacji wszyscy też oczekujemy, żeby wygrywała i dawała nam taką radość, bo to jest w piłce wspaniałe.

W Bastii jak w rodzinie

Po igrzyskach świat stanął przed nimi otworem. Świerczewski, Wojciech Kowalczyk, Arkadiusz Onyszko i spółka rozpoczęli międzynarodowe kariery. "Generał" - jak nazywali go koledzy z boiska - szybko odnalazł się w europejskim futbolu.

- Wyjechałem do Francji w wieku 21 lat. Miałem szczęście, że akurat trafiłem na przełom, bo wcześniej polscy zawodnicy wyjeżdżali z kraju mając po 30 lat na karku, a my mogliśmy zrobić to dużo wcześniej. Dla nas było to otwarcie drzwi do Europy. Gdyby nie to, całą karierę siedzielibyśmy w Polsce bez szans na rozwój, a przecież ja tak naprawdę poważnie zaistniałem w futbolu za granicą. Dlatego - tak na marginesie - jestem też optymistą, gdy patrzę teraz na naszą kadrę. Przez jakiś czas był przestój i nie mieliśmy wielu zawodników w innych ligach, ale obecnie w kadrze trenera Waldemara Fornalika jest chyba 20 graczy z klubów europejskich, niektórych naprawdę poważnych. Myślę, że to kwestia zgrania się i chłopaki wcześniej czy później będą osiągać sukcesy jako reprezentacja.

W trakcie swojej kariery zwiedził kawał świata. Najlepiej poznał Francję - grał w Saint Etienne, Bastii i słynnym Olimpique Marsylia. Krótkie epizody zaliczył też w Japonii i Anglii. - Najdłużej za granicą występowałem w Bastii i tam była najfajniejsza, taka rodzinna atmosfera. Natomiast pod względem sportowym najlepsza była oczywiście Marsylia, bo Olimpique to wielki klub. Tam grało się o wynik, w Bastii nie było takiego nacisku na sukces. Co prawda zdobyliśmy Puchar Intertoto, ale umówmy się, że nie jest to jakieś wielkie osiągnięcie. Bardzo mile wspominam też pobyt w Gambie Osaka. Japonia to świetny kraj, tam są naprawdę wspaniałe, niewyobrażalne wręcz dla nas warunki do treningu, odnowy i nie wiem, czy my w ciągu 10 lat dojdziemy do takiego poziomu. Pojechałem tam za trenerem Frederikiem Antonettim, którego mogę uznać za takiego sportowego ojca, bardzo wiele jego metod treningowych powielam obecnie z drużynami, które ćwiczę. On prowadził Bastię przez długi czas, gdy tam grałem. Po zmianie szkoleniowca przez pewien okres nie dostawałem zbyt wielu okazji do gry. Zauważył to Antonetti i zaproponował mi wyjazd do Osaki, gdzie objął właśnie Gambę. Wszystko się fajnie skończyło, bo po kilku miesiącach razem wróciliśmy do Bastii - on na ławkę trenerską, a ja do składu.

Zawód na mundialu

Jego pokolenie wychowane na legendzie wielkich polskich piłkarzy miało stać się ich następcami. Ogromny potencjał ci sportowcy potwierdzili na igrzyskach w 1992 roku. Później jednak nadszedł okres rozczarowań - bez wątpienia zdolni młodzi zawodnicy nie potrafili przełożyć dobrej gry w klubach na wyniki reprezentacji. Na udział w kolejnym mundialu Polska musiała czekać aż do 2002 roku. - Faktycznie przez dekadę po Barcelonie nie mieliśmy sukcesu jako reprezentacja - przyznaje "Generał". - Jednak awans na mistrzostwa świata w Korei i Japonii w dużej mierze wywalczyła tamta drużyna z igrzysk. Za kadencji trenera Jerzego Engela skoczyliśmy bardzo wysoko w rankingu FIFA, byliśmy w okolicach pierwszej dwudziestki. Teraz zajmujemy miejsce w szóstej czy siódmej dziesiątce. Szkoda tylko, że przez kilka zaniedbań, mieszanie się w nasze sprawy różnych ludzi, a także Wydziału Szkolenia PZPN pod kierownictwem Antoniego Piechniczka, który wtrącał się w przygotowanie zespołu, nie udało nam się osiągnąć sukcesu na mistrzostwach. Co gorsza, te same błędy były powielane w kolejnych latach i wyników nadal nie ma.

Gra dla przyjemności

Do Polski wrócił po nieudanej przygodzie w angielskim Birmingham City i w 2003 roku zasilił Lecha Poznań. Później grał też w Cracovii, Groclinie, Koronie, Polonii Warszawa, ŁKS i Zagłębiu Lubin. Sam jednak zaznacza, że po przyjeździe do kraju nie był już tym zawodnikiem, który podbił europejskie stadiony. - Ja zawsze mówię, że po powrocie do Polski, zwłaszcza w ostatnich latach kariery, nie byłem już piłkarzem, tylko raczej za piłkarza się przebierałem. Prawdziwą karierę miałem za granicą, w kraju już grałem tylko dla przyjemności.

A przyjemnie było. Mimo spokojnego podejścia do gry zdobył z różnymi zespołami dwa Puchary Polski, dwa Puchary Ligi i Superpuchar. W polskiej lidze zabrakło mu tylko mistrzostwa.

Typ niepokorny

Z grzeczności na boisku "Świr" nigdy nie słynął. Defensywny pomocnik w latach 90. kojarzył się raczej z brutalnością niż finezją. Świerczewski zawsze walczył o każdy centymetr boiska i jak sam twierdzi, dzięki temu udało mu się tak daleko zajść. - Kiedyś walczyło się dużo twardziej, sam mam jeszcze ślady z okresu, w którym grałem. Szczerze mówiąc nie wiem, czy w dzisiejszych czasach zrobiłbym taką karierę. Bardzo możliwe, że nie, bo często wylatywałbym z boiska, a bardzo ostro, na granicy faulu grałem od zawsze. Trafiłem po prostu w dobry dla siebie czas.

Opinię rozrabiaki miał nie tylko na boisku. W lecie 2008 roku głośno było o rzekomym pobiciu policjantów pod pensjonatem Villa Siesta w Mielnie. Świerczewski wraz z Radosławem Majdanem i Jarosławem Chwastkiem mieli użyć siły wobec funkcjonariuszy. Sprawa trafiła do sądu, który najpierw uznał ich za winnych, ale po odwołaniu się od wyroku została umorzona. - Media brukowe zrobiły wielką "aferę w Mielnie", ale te same gazety nie podały już, jaki był finał - żali się po latach "Świerszcz". - Później ci ludzie się pochowali i nikt nawet nie napisał słowa "przepraszam". Ja nawet założyłem sprawę w sądzie, ale w sumie to olałem. Jeszcze zobaczę, może do tego wrócę, jeśli się nie przedawniło. Jestem przekonany, że wygraną miałbym w kieszeni.

Trenerski chleb

Po zakończeniu kariery piłkarskiej w 2010 roku postanowił zostać szkoleniowcem. Pierwsze trenerskie kroki stawiał podczas w II-ligowym Zniczu Pruszków. Później podjął się prawdziwego wyzwania - pracy w bankrutującym ŁKS, który rozpaczliwie bronił się przed spadkiem z Ekstraklasy.

- W Zniczu to była krótka przygoda, zostałem poproszony, żeby poprowadzić zespół do czerwca i to zrobiłem - tłumaczy. - Później był ŁKS. Powiem szczerze, że nikt nie wyobraża sobie, że w klubie najwyższej ligi mogły być takie warunki... Ale nie żałuję, bo to była dla mnie szansa wejście do dorosłej, ekstraklasowej piłki. Co prawda miałem bardzo mało czasu na budowę zespołu, testowaliśmy kogo się dało i z najlepszych stworzyliśmy drużynę. Na koniec sezonu oni grali naprawdę dobrze. Gdyby wcześniej znalazły się pieniądze, to byłoby nieźle. Ale prezes Andrzej Voigt zepsuł ten klub, skończyło się na niespełnionych obietnicach. Na mecze jeździliśmy z marszu, pożyczając nawet pieniądze od kibiców, tych prawdziwych fanów oddanych ŁKS, dzięki którym ten klub wciąż istnieje. Wyjeżdżając z hotelu baliśmy się, czy zaraz nas nie pogonią, bo nie wiedzieliśmy, czy został opłacony rachunek. A mimo to nikt z nami wysoko nie wygrywał, z Cracovią zremisowaliśmy, również z Wisłą Kraków przegraliśmy 2:3, odrabiając dwie bramki, mało brakowało, a skończyłoby się remisem. To było cenne doświadczenie, z drużyną pracowało się bardzo dobrze, a teraz wiem już, co robić, a czego nie.

Po odejściu z rozpadającego się w oczach ŁKS (zespół wciąż jest w katastrofalnym stanie finansowym i zajmuje miejsce spadkowe w I lidze) Świerczewski we wrześniu ubiegłego roku dość niespodziewanie zastąpił na ławce trenerskiej Motoru Mariusza Sawę. Sam "Świr" bardzo chwali sobie pracę w lubelskim klubie. 

- Muszę przyznać, że w Lublinie warunki są dużo lepsze niż w Łodzi, mimo że to przecież druga liga. Naszym celem na ten sezon jest miejsce w okolicach piątej pozycji, jeżeli tak skończymy rozgrywki, to będę miał świadomość, że jestem dobry. Motor to klub, który kiedyś miał swoje pięć minut, ale później było zdecydowanie gorzej. Teraz trzeba zbudować nową drużynę, nowy stadion. Miasto jest duże, a potencjał ogromny. Jeśli będziemy cierpliwi, to i tutaj zrobi się piłkę na wysokim poziomie. Myślę, że już latem powinniśmy mieć bardzo dobrą jak na tę ligę ekipę.

Obecnie w Motorze pełno jest słynnych piłkarskich nazwisk. Udziałowcami klubu zostali m.in. jego wychowanek Jacek Bąk wraz ze swoim kolegą z reprezentacji Jackiem Krzynówkiem. W sztabie szkoleniowym znajdziemy natomiast nazwiska Świerczewskiego oraz Arkadiusza Onyszki. Wszyscy pracują nad strategią, jak zrobić z Motoru prężnie działający i walczący na szczycie polskiej piłki klub.

- Z Arkiem "skumaliśmy się" tak, że będziemy pracować razem. On jest fachowcem od bramkarzy, ja się na tym dobrze nie znam, bo to jest zupełnie inny trening. Fajnie, że Arek i Jacek Bąk są z Lublina i wszyscy zaangażowaliśmy się w budowanie zespołu. Plan jest długoterminowy, mamy nadzieję, że około 2017 roku ta drużyna będzie grać w ekstraklasie. Trzeba budować latami, bo przecież nie mamy za sobą szejka, który wyłoży grube miliony i kupimy za to najlepszych piłkarzy. A w Motorze nie wziąłem się znikąd, przyszedłem tu za namową Jacka Bąka i Jacka Krzynówka oraz kilku innych ludzi. Umówiliśmy się, że mam wolną rękę w budowie drużyny i to jest fajne, mam komfort pracy. Bardzo dobrze prezentuje się też młodzież - są zdolni młodzieżowcy jak Damian Szpak, Patryk Czułowski, Kamil Wolski czy Patryk Mazurek, którzy z nami trenują i spisują się naprawdę dobrze. Cały czas obserwuję młodzież z regionu, bo to na niej za kilka lat powinien opierać się Motor. Niestety, z powodu nawrotu zimy w rundzie wiosennej jeszcze w lidze nie udało nam się zagrać.

Spokój na ławce

Na boisku "Generał" zawsze był porywczy, jednak na ławce trenerskiej tego nie widać. Rzadko kiedy można usłyszeć jakieś okrzyki z jego strony. Jako szkoleniowiec Świerczewski wydaje się więc przeciwieństwem postaci, jaką był na boisku.

- Jako trener staram się rozumieć zawodników, bo przecież też kiedyś byłem piłkarzem - dowodzi. - Czasem na ławce wybucham, ale tylko na decyzje sędziów, gdy stoję obok i widzę, że ktoś się myli. Na zawodników się raczej nie denerwuję, bo to przecież ja ich przygotowuję do gry. Jeżeli zrobię to źle, to mogę mieć pretensje tylko do siebie. Podczas meczu nic nie zmienię, sobota to nasz egzamin. Zawsze śmieszyło mnie, jak trenerzy tuż przed meczem nagle zaczynali każdemu zawodnikowi wyznaczać zadania i rysować jakieś wykresy, sto wariantów gry... Więc ja się pytam - co oni robili w tygodniu?

Wielu byłych piłkarzy po zakończeniu karier zostaje trenerami. Większość powtarza również, że podczas spotkań jako opiekunowie drużyn przeżywają mecze dużo bardziej niż wtedy, gdy byli piłkarzami. Potwierdza to też Świerczewski, jednak podkreśla, że nie wyobraża sobie życia bez futbolu. - Stres jest w obu przypadkach, ale występuje inaczej. Jak było się piłkarzem, to był on przed meczem, a po pierwszym gwizdku mijał, nawet jeśli zapełniony był ogromny stadion. Natomiast trener czuje to wszystko odwrotnie: nie ma stresu przed meczem, ale w czasie jego trwania. Wtedy zadaje sobie pytania, czy dobrze ustawiłem drużynę, wybrałem piłkarzy. Ale właściwie jestem do tego przyzwyczajony. Taki zawód. Całe życie grałem w piłkę, teraz prowadzę drużynę. Nie widzę się w czymś innym, muszę być przy futbolu i robić to, co kocham.



* Piotr Świerczewski jest trenerem Motoru, wicemistrzem olimpijskim z Barcelony. Występował w Sandecji i Dunajcu Nowy Sącz, GKS Katowice, Saint Etienne, Bastii, Gamba Osaka, Olympique Marsylia, Birmingham City, Lechu Poznań, Cracovii, Dyskobolii Grodzisk Wlkp., Koronie Kielce, Polonii Warszawa i ŁKS Łódź. W reprezentacji Polski rozegrał 70 spotkań.