Leszek Dunecki - sprinter, co "zapieprzał na zakręcie"

Wprawdzie pochodzi z Pomorza, ale od ponad 30 lat mieszka w Lublinie. Tu w Starcie kończył swoją bogatą karierę sportową. Mowa o Leszku Duneckim, wicemistrzu olimpijskim, jednym z najszybszych ludzi w historii polskiej lekkoatletyki.
Właściwie to, że Leszek Dunecki jest skazany na sport, od początku było jasne jak słońce. Nie było innego wyjścia, bo on miał to po prostu w genach. - To prawda - potwierdza. - Odziedziczyłem talent po rodzicach, a szczególnie po tacie Grzegorzu, który był sprinterem - dwukrotnym mistrzem Polski na 200 m w latach międzywojennych i potencjalnym olimpijczykiem na rok 1940. Niestety, jego świetnie zapowiadającą się karierę przerwała II wojna światowa. Przed czterema laty ktoś w Toruniu, gdzie przez wiele lat mieszkaliśmy, odnalazł stary film z zarejestrowanymi różnymi wydarzeniami i była na nim między innymi przysięga olimpijska, którą w 1939 roku składał mój ojciec. Przeżyłem szok, bo ja praktycznie taty nie znałem. Zginął tragicznie w wypadku, kiedy miałem trzy lata. Pamiętałem go tylko ze starych fotografii, a tu taka niespodzianka.

Dylemat - skakać czy biegać

Mnie do sportu ciągnęło od najmłodszych lat. Zaczynałem w rodzinnym Toruniu od hokeja na lodzie, potem była piłka nożna, a po udziale w czwórboju lekkoatletycznym "Sztandaru Młodych" zająłem się lekkoatletyką. Swą przygodę z królową sportu rozpocząłem od skoku w dal. Trenowałem pod okiem trenera Krzysztofa Przybyły. Postępy robiłem bardzo szybko, a osiągane wyniki zupełnie przerosły moje wyobrażenia.

Tak rzeczywiście było, i po dwóch latach treningu Leszek Dunecki wywalczył na mistrzostwach Europy Juniorów w Atenach złoty medal i jednocześnie ustanowił rekord Europy w tej kategorii wiekowej. Pofrunął na odległość 798 cm. Był to rok 1975, więc w perspektywie szykował się start w Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu. - Niestety, później za szybko starano się ze mnie zrobić wielkiego mistrza - mówi po latach słynny lekkoatleta. - Zostałem po prostu zajechany i nie uzyskałem wyników kwalifikujących mnie do startu w Kanadzie. W rezultacie igrzyska obejrzałem w telewizji. Poza tym przez cały czas i ja i trenerzy mieliśmy dylemat, czy mam biegać, czy mam skakać. Ostatecznie stanęło na sprintach.

Na bieżni też zaczął robić błyskawiczne postępy i już w 1977 roku wywalczył pierwszy medal na mistrzostwach Polski. - Potem zaczęło się już na dobre - wspomina. - Pojechałem na mistrzostwa Europy, gdzie byłem czwarty na 200 m, a sztafeta w składzie: Zenon Nowosz, Zenon Licznerski, Marian Woronin i ja zdobyła złoto. Można powiedzieć, że od tego momentu zaczęła się światowa kariera naszej sztafety. Potem tylko Nowosza zmienił Krzysztof Zwoliński i w takim składzie startowaliśmy przez kilka lat, odnosząc wiele cennych sukcesów.

Schabowy i woda ze Zdroju Jana

Był to okres, gdzie wielu zawodników i zawodniczek korzystało z niedozwolonego wspomagania farmakologicznego, choć nikt o tym głośno nie mówił, szczególnie celowali w tym sportowcy z ówczesnego NRD. - Rzeczywiście, zdarzały się nagłe eksplozje formy u zawodników, o których mało kto słyszał - przyznaje mistrz Europy. - Takim przykładem może być skoczek wzwyż z NRD Gerd Wessig, zwycięzca konkursu skoku wzwyż na igrzyskach w Moskwie. My nie mieliśmy tego rodzaju wsparcia - i bardzo dobrze, bo wielu stosujących doping zapłaciło potem za to utratą zdrowia. My trenowaliśmy naprawdę mocno - w naturalnych warunkach, a wspomaganiem był kotlet schabowy i woda mineralna ze Źródła Jana. Wyniki były jednak coraz lepsze - ja w 1979 roku ustanowiłem rekord Polski na 200 m. Rezultat 20,24 był najlepszym wynikiem w kraju przez... 20 lat. Pobił go dopiero Marcin Urbaś, ale do tej pory jest to drugi rezultat w historii polskiej lekkoatletyki. Z kolei nasz rekord ustanowiony podczas igrzysk w Moskwie w sztafecie 4x100 m przetrwał jeszcze dłużej, bo został pobity dopiero na igrzyskach w Londynie. Młodsi koledzy uzyskali 38,31, czyli zaledwie o dwie setne sekundy lepiej od nas.

"Zapieprzał na zakręcie"

Odrębną sprawą były Igrzyska Olimpijskie w Moskwie - atmosfera była tam przedziwna, w świat sportu zaczęła wkraczać polityka. Z jednej strony to było wielkie święto, a z drugiej było już widać, że coś się w Polsce dzieje. Szczerze mówiąc, był nawet pomysł, abyśmy podczas wizyty w wiosce olimpijskiej I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka przekazali mu pozdrowienia od lubelskich kolejarzy, bo doszły nas słuchy, że w ramach protestu przyspawali pociąg do szyn. Coś na rzeczy było, bo ze stołówki znikło polskie jedzenie, które zamieniono na fińskie. Podejrzewaliśmy, że nasze produkty już nie docierają do Moskwy. Na olimpijskich arenach kibiców z Polski było rzeczywiście sporo - dopingowali nas wyśmienicie, ale przekrzyczeć szowinistycznych fanów gospodarzy było im trudno. Na szczęście myśmy się tym nie przejmowali - robiliśmy swoje, a gest zgiętej w łokciu ręki Władka Kozakiewicza po zdobyciu złota w skoku o tyczce przeszedł do historii. Tak podziękował wygwizdującej go podczas konkursu publice.

Leszek Dunecki podczas igrzysk w Moskwie wywalczył w sztafecie 4x100 m srebrny medal. Wraz z nim biegli: Licznerski, Zwoliński i Woronin. Indywidualnie na 200 m zajął szóste miejsce. Startowała tam także jego żona Małgorzata Dunecka, która też była bliska zdobycia medalu w sztafecie 4x400 m, ale w bardzo wyrównanej stawce ostatecznie Polki zajęły szóstą pozycję.

- Po powrocie witano nas bardzo serdecznie - wspomina. - Przyjął nas ówczesny premier Edward Babiuch. Na tym spotkaniu usłyszałem od jednego z dygnitarzy wspaniałą "fachową" ocenę podsumowującą mój występ, który mówił ze swego rodzaju podziwem: "panie Leszku, ale pan zapieprzał na tym zakręcie"! Z drugiej strony ten pan wykazał się nawet pewną znajomością tematu, bo ja rzeczywiście biegałem po wirażu.

Z następcami krucho

Niestety, start w Moskwie był jedynym występem olimpijskim Duneckiego, gdyż z przyczyn politycznych nasza reprezentacja do Los Angeles nie pojechała. - Byliśmy bardzo rozżaleni, bo większość z nas znajdowała się w najlepszym dla sportowców wieku - mówi po latach. - Odebrano nam szanse startu i jakby zeszło z nas powietrze. Wprawdzie wysłano nas na jakieś zawody mające imitować igrzyska, których nazwy już nawet nie pomnę, ale my potraktowaliśmy je tak, jak na to zasługiwały. Natomiast zmagania lekkoatletyczne w Los Angeles obejrzeliśmy w telewizji na odbiornikach wystawionych... przed ambasadą USA w Warszawie. Wtedy wielu z nas zaczęło myśleć o zakończeniu kariery. Ja startowałem jeszcze przez trzy sezony, ale do igrzysk w Seulu już się nie przygotowywałem. Ostatecznie przygodę z lekkoatletyką skończyłem w 1988 roku, a rok wcześniej zdobyłem swój ostatni tytuł mistrza Polski.

Co mi dał sport oprócz sukcesów? - zastanawia się chwilę. - Myślę, że bardzo wiele. Zjechałem kawał świata, zawsze starałem się zobaczyć jak najwięcej, a nie tylko hotele, hale i stadiony. Przeżyłem wiele niesamowitych wrażeń, a szczególnie miło wspominam wyjazdy do Brazylii, Japonii, Meksyku, a także do Afryki. Na dodatek w kadrze panowała wspaniała atmosfera. Tam dosłownie jeden za drugiego dałby się pokroić, i to bez względu na konkurencję. Czuliśmy się jedną wielką rodziną i bardzo się wspieraliśmy, nie tylko na boisku, ale i poza nim. Było wtedy wiele wspaniałych indywidualności z kulomiotem Władkiem Komarem, skoczkami o tyczce Władkiem Kozakiewiczem i Tadziem Ślusarskim, skoczkiem wzwyż Jackiem Wszołą, a także "długasem" Bronkiem Malinowskim na czele. My naprawdę byliśmy w latach 70. i 80. potęgą.

Po zakończeniu kariery Leszek Dunecki na pewien czas odsunął się od sportu, co nie znaczy, że nim się nie interesował. Rola obserwatora na dłuższą metę go jednak nie zadowalała. Wrócił i wraz z małżonką wskrzesił w Lublinie czwartki lekkoatletyczne, na których dzieci mogą się wykazać swoimi zdolnościami. Jest też prężnym działaczem i od ośmiu lat piastuje funkcję prezesa Lubelskiego Okręgowego Związku Lekkiej Atletyki. Niestety, do tej pory nie doczekał się sukcesów olimpijskich swoich następców. - Aby przywrócić królowej sportu dawną potęgę, trzeba postawić na pracę od podstaw, zacząć w szkołach podstawowych i systematycznie z dziećmi pracować - dowodzi. - Mamy naprawdę utalentowaną młodzież, ale potrzeba jej wsparcia zarówno od Ministerstwa Sportu i Turystyki, jak i Ministerstwa Edukacji. Bez pomocy finansowej i odpowiedniego zaplecza do treningów ciężko będzie doprowadzić młodych sportowców do wyników, które ich i nas będą satysfakcjonowały. Mam jednak nadzieję, że w końcu uda się to wszystko zgrać dla dobra polskiego sportu.



Leszek Dunecki, prezes LOZLA, wicemistrz olimpijski z Moskwy w sztafecie 4x100 m, mistrz Europy w tej konkurencji, mistrz Europy juniorów w skoku w dal, siedem razy zdobywał tytuł mistrza Polski w sprintach

























REKORDY TRUDNE DO POBICIA

Biała błyskawica

Wprawdzie pochodzi z Pomorza, ale od ponad 30 lat mieszka w Lublinie. Tu w Starcie kończył swoją bogatą karierę sportową. Mowa o Leszku Duneckim, wicemistrzu olimpijskim, jednym z najszybszych ludzi w historii polskiej lekkoatletyki



Wiesław Pawłat

Właściwie to, że Leszek Dunecki jest skazany na sport, od początku było jasne jak słońce. Nie było innego wyjścia, bo on miał to po prostu w genach. - To prawda - potwierdza. - Odziedziczyłem talent po rodzicach, a szczególnie po tacie Grzegorzu, który był sprinterem, dwukrotnym mistrzem Polski na 200 m w latach międzywojennych i potencjalnym olimpijczykiem na rok 1940. Niestety, jego świetnie zapowiadającą się karierę przerwała II wojna światowa. Przed czterema laty ktoś w Toruniu, gdzie przez wiele lat mieszkaliśmy, odnalazł stary film z zarejestrowanymi różnymi wydarzeniami i była na nim między innymi przysięga olimpijska, którą w 1939 roku składał mój ojciec. Przeżyłem szok, bo ja praktycznie taty nie znałem. Zginął tragicznie w wypadku, kiedy miałem trzy lata. Pamiętałem go tylko ze starych fotografii, a tu taka niespodzianka.

Dylemat - skakać czy biegać

Mnie do sportu ciągnęło od najmłodszych lat. Zaczynałem w rodzinnym Toruniu od hokeja na lodzie, potem była piłka nożna, a po udziale w czwórboju lekkoatletycznym "Sztandaru Młodych" zająłem się lekkoatletyką. Swą przygodę z królową sportu rozpocząłem od skoku w dal. Trenowałem pod okiem trenera Krzysztofa Przybyły. Postępy robiłem bardzo szybko, a osiągane wyniki zupełnie przerosły moje wyobrażenia.

Tak rzeczywiście było, i po dwóch latach treningu Leszek Dunecki wywalczył na mistrzostwach Europy Juniorów w Atenach złoty medal i jednocześnie ustanowił rekord Europy w tej kategorii wiekowej. Pofrunął na odległość 798 cm. Był to rok 1975, więc w perspektywie szykował się start w Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu. - Niestety, później za szybko starano się ze mnie zrobić wielkiego mistrza - mówi po latach słynny lekkoatleta. - Zostałem po prostu zajechany i nie uzyskałem wyników kwalifikujących mnie do startu w Kanadzie. W rezultacie igrzyska obejrzałem w telewizji. Poza tym przez cały czas i ja, i trenerzy mieliśmy dylemat, czy mam biegać czy mam skakać. Ostatecznie stanęło na sprintach.

Na bieżni też zaczął robić błyskawiczne postępy i już w 1977 roku wywalczył pierwszy medal na mistrzostwach Polski. - Potem zaczęło się już na dobre - wspomina. - Pojechałem na mistrzostwa Europy, gdzie byłem czwarty na 200 m, a sztafeta w składzie: Zenon Nowosz, Zenon Licznerski, Marian Woronin i ja zdobyła złoto. Można powiedzieć, że od tego momentu zaczęła się światowa kariera naszej sztafety. Potem tylko Nowosza zmienił Krzysztof Zwoliński i w takim składzie startowaliśmy przez kilka lat, odnosząc wiele cennych sukcesów.

Schabowy i woda ze Zdroju Jana

Był to okres, gdzie wielu zawodników i zawodniczek korzystało z niedozwolonego wspomagania farmakologicznego, choć nikt o tym głośno nie mówił. Szczególnie celowali w tym sportowcy z ówczesnego NRD. - Rzeczywiście, zdarzały się nagłe eksplozje formy u zawodników, o których mało kto słyszał - przyznaje mistrz Europy. - Takim przykładem może być skoczek wzwyż z NRD Gerd Wessig, zwycięzca konkursu skoku wzwyż na igrzyskach w Moskwie. My nie mieliśmy tego rodzaju wsparcia - i bardzo dobrze, bo wielu stosujących doping zapłaciło potem za to utratą zdrowia. My trenowaliśmy naprawdę mocno - w naturalnych warunkach, a wspomaganiem był kotlet schabowy i woda mineralna ze Źródła Jana. Wyniki były jednak coraz lepsze - ja w 1979 roku ustanowiłem rekord Polski na 200 m. Rezultat 20,24 był najlepszym wynikiem w kraju przez... 20 lat. Pobił go dopiero Marcin Urbaś, ale do tej pory jest to drugi rezultat w historii polskiej lekkoatletyki. Z kolei nasz rekord ustanowiony podczas igrzysk w Moskwie w sztafecie 4x100 m przetrwał jeszcze dłużej, bo został pobity dopiero na igrzyskach w Londynie. Młodsi koledzy uzyskali 38,31, czyli zaledwie o dwie setne sekundy lepiej od nas.

"Zapieprzał na zakręcie"

Odrębną sprawą były igrzyska olimpijskie w Moskwie - atmosfera była tam przedziwna, w świat sportu zaczęła wkraczać polityka. Z jednej strony to było wielkie święto, a z drugiej było już widać, że coś się w Polsce dzieje. Szczerze mówiąc, był nawet pomysł, abyśmy podczas wizyty w wiosce olimpijskiej I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka przekazali mu pozdrowienia od lubelskich kolejarzy, bo doszły nas słuchy, że w ramach protestu przyspawali pociąg do szyn. Coś na rzeczy było, bo ze stołówki znikło polskie jedzenie, które zamieniono na fińskie. Podejrzewaliśmy, że nasze produkty już nie docierają do Moskwy. Na olimpijskich arenach kibiców z Polski było rzeczywiście sporo - dopingowali nas wyśmienicie, ale przekrzyczeć szowinistycznych fanów gospodarzy było im trudno. Na szczęście myśmy się tym nie przejmowali - robiliśmy swoje, a gest zgiętej w łokciu ręki Władka Kozakiewicza po zdobyciu złota w skoku o tyczce przeszedł do historii. Tak podziękował wygwizdującej go podczas konkursu publice.

Leszek Dunecki podczas igrzysk w Moskwie wywalczył w sztafecie 4x100 m srebrny medal. Wraz z nim biegli: Licznerski, Zwoliński i Woronin. Indywidualnie na 200 m zajął szóste miejsce. Startowała tam także jego żona Małgorzata Dunecka, która też była bliska zdobycia medalu w sztafecie 4x400 m, ale w bardzo wyrównanej stawce ostatecznie Polki zajęły szóstą pozycję.

- Po powrocie witano nas bardzo serdecznie - wspomina. - Przyjął nas ówczesny premier Edward Babiuch. Na tym spotkaniu usłyszałem od jednego z dygnitarzy wspaniałą "fachową" ocenę podsumowującą mój występ, który mówił ze swego rodzaju podziwem: "panie Leszku, ale pan zapieprzał na tym zakręcie"! Z drugiej strony ten pan wykazał się nawet pewną znajomością tematu, bo ja rzeczywiście biegałem po wirażu.

Z następcami krucho

Niestety, start w Moskwie był jedynym występem olimpijskim Duneckiego, gdyż z przyczyn politycznych nasza reprezentacja do Los Angeles nie pojechała. - Byliśmy bardzo rozżaleni, bo większość z nas znajdowała się w najlepszym dla sportowców wieku - mówi po latach. - Odebrano nam szanse startu i jakby zeszło z nas powietrze. Wprawdzie wysłano nas na jakieś zawody mające imitować igrzyska, których nazwy już nawet nie pomnę, ale my potraktowaliśmy je tak, jak na to zasługiwały. Natomiast zmagania lekkoatletyczne w Los Angeles obejrzeliśmy w telewizji na odbiornikach wystawionych... przed ambasadą USA w Warszawie. Wtedy wielu z nas zaczęło myśleć o zakończeniu kariery. Ja startowałem jeszcze przez trzy sezony, ale do igrzysk w Seulu już się nie przygotowywałem. Ostatecznie przygodę z lekkoatletyką skończyłem w 1988 roku, a rok wcześniej zdobyłem swój ostatni tytuł mistrza Polski.

Co mi dał sport oprócz sukcesów? - zastanawia się chwilę. - Myślę, że bardzo wiele. Zjechałem kawał świata, zawsze starałem się zobaczyć jak najwięcej, a nie tylko hotele, hale i stadiony. Przeżyłem wiele niesamowitych wrażeń, a szczególnie miło wspominam wyjazdy do Brazylii, Japonii, Meksyku, a także do Afryki. Na dodatek w kadrze panowała wspaniała atmosfera. Tam dosłownie jeden za drugiego dałby się pokroić i to bez względu na konkurencję. Czuliśmy się jedną wielką rodziną i bardzo się wspieraliśmy, nie tylko na boisku, ale i poza nim. Było wtedy wiele wspaniałych indywidualności z kulomiotem Władkiem Komarem, skoczkami o tyczce Władkiem Kozakiewiczam i Tadziem Ślusarskim, skoczkiem wzwyż Jackiem Wszołą, a także "długasem" Bronkiem Malinowskim na czele. My naprawdę byliśmy w latach 70. i 80. potęgą.

Po zakończeniu kariery Leszek Dunecki na pewien czas odsunął się od sportu, co nie znaczy, że nim się nie interesował. Rola obserwatora na dłuższą metę go jednak nie zadawalała. Wrócił i wraz z małżonką wskrzesił w Lublinie czwartki lekkoatletyczne, na których dzieci mogą się wykazać swoimi zdolnościami. Jest też prężnym działaczem i od ośmiu lat piastuje funkcję prezesa Lubelskiego Okręgowego Związku Lekkiej Atletyki. Niestety, do tej pory nie doczekał się sukcesów olimpijskich swoich następców. - Aby przywrócić królowej sportu dawną potęgę, trzeba postawić na pracę od podstaw, zacząć w szkołach podstawowych i systematycznie z dziećmi pracować - dowodzi. - Mamy naprawdę utalentowaną młodzież, ale potrzeba jej wsparcia zarówno od Ministerstwa Sportu i Turystyki, jak i Ministerstwa Edukacji. Bez pomocy finansowej i odpowiedniego zaplecza do treningów ciężko będzie doprowadzić młodych sportowców do wyników, które ich i nas będą satysfakcjonowały. Mam jednak nadzieję, że w końcu uda się to wszystko zgrać dla dobra polskiego sportu.



Leszek Dunecki, prezes LOZLA, wicemistrz olimpijski z Moskwy w sztafecie 4x100 m, mistrz Europy w tej konkurencji, mistrz Europy juniorów w skoku w dal, siedem razy zdobywał tytuł mistrza Polski w sprintach